Rób to dobrze albo spadaj

Marta Tittenbrun / 16.02.2015

W harcerstwie niestety nie dostaje się pensji za pełnienie swojej funkcji. Oczywiście bardzo to szlachetne i piękne, ale jednocześnie często jest to przyczyna bylejakości w naszym Związku. W pracy by nas zwolnili, ale nie w ZHP.

Wiem, czym jest współpraca w harcerstwie, czyli w miejscu, gdzie za normalną pracę nikt nikomu nie płaci.

Przez lata pracy w „Na Tropie” (najpierw jako szef działu, później jako redaktor naczelna) miałam okazję współpracować z wieloma osobami. Delegowanie obowiązków, dzielenie odpowiedzialności, wspólne pomysły, wspólne wdrażanie, ewaluacja, zarządzanie wewnętrznymi kryzysami. Wiem, czym jest współpraca w harcerstwie. W harcerstwie, czyli w miejscu, gdzie za normalną pracę (zawodowo jestem dziennikarką i redaktorką) nikt nikomu nie płaci. Gdzie trzeba pracować z ludźmi, którzy robią coś, bo ich to interesuje, bo się dzięki temu rozwijają, bo chcą dawać coś z siebie i chcą „zostawić świat lepszym, niż go zastali”. Brzmi pięknie, wygląda gorzej.

Nasza praca w harcerstwie to dla innych często manna z nieba i szybko z osób początkujących na funkcji stajemy się na tej funkcji niezastąpieni.

Według „Słownika języka polskiego” wolontariat to ‘dobrowolna, bezpłatna praca społeczna’. W definicji tej kluczowe są dwa słowa: „praca” i „bezpłatna”. Pracuję, ale nie dostaję za to pieniędzy. Jedynie satysfakcję i spełnienie, a w lepszych przypadkach jeszcze chwałę i splendor. Tak właśnie jest w harcerstwie. Oprócz tej chwały i splendoru. Bezpłatna praca – jak już pisałam we wstępie – jest rzeczą bardzo potrzebną, szlachetną, wspaniałomyślną, wielkoduszną i tak dalej – to nie ulega żadnej wątpliwości. Jednocześnie nasza praca (bo, umówmy się, dla wielu z nas to satysfakcjonująca, ale jednak – praca!) w harcerstwie to dla innych często manna z nieba i szybko z osób początkujących na funkcji stajemy się na tej funkcji niezastąpieni. Najważniejsze, że jesteśmy, że nam się w ogóle chce coś robić, że było komu przejąć funkcję, że mamy czas, kiedy inni go już nie mają i nawet jeśli nie do końca wiemy, jak się do czegoś zabrać, to i tak „lepszy rydz niż nic” (gdzie my, oczywiście, jesteśmy nieszczęsnym rydzem).

Brak wynagrodzenia za pracę to proste wytłumaczenie dla wszelkich niedociągnięć, niedotrzymanych obietnic, opóźnień, braku zaangażowania, nierzetelności i niesolidności. Bo skoro ten harcerski wolontariat jest dla nas tylko jednym z wielu zadań w życiu, kolejnym, na pewno nie tym znajdującym się na górze listy priorytetów, to chyba jasne, że nie zawsze będziemy dawać z siebie sto procent, coś sobie odpuścimy, czegoś nie dopilnujemy, bo „studia, dom, praca (zarobkowa!) i-ogólny-młyn”, prawda? No, nieprawda, ale o tym za chwilę.

Jeśli w harcerstwie ktoś zawala swoją robotę, to głaszczemy go po głowie, wspieramy i współczujemy nawału pracy. Przyzwalamy na bylejakość.

Jeśli ktoś dostaje za swoją pracę pieniądze, to łatwiej od niego wymagać. „Stary, to jest w zakresie twoich obowiązków, jeśli się z nich nie wywiązujesz – obcinamy ci pensję albo szukasz innej roboty. Proste. Jeśli nie dajesz rady – szukasz innej roboty. Jeśli robisz coś byle jak – masz określony czas na poprawę albo szukasz… no, wiesz”. W harcerstwie to niemożliwe. Jeśli w harcerstwie ktoś zawala swoją robotę, nosi sznur zamiast pełnić funkcję, nie wychowuje i nie stymuluje, a tylko dopilnowuje, to… głaszczemy go po głowie, wspieramy i współczujemy nawału pracy. Zamiast powiedzieć: „Albo się poprawisz, albo szukaj innej… funkcji”. Przyzwalamy na bylejakość.

Zarówno w Prawie Harcerskim, jak i w Zobowiązaniu Instruktorskim brakuje mi zapisu o tym, że naszą funkcję powinniśmy wypełniać najlepiej, jak tylko się da.

A ja się na to nie zgadzam! Nie zgadzam się, żeby osoby, które ze mną współpracują, mówiły mi, że przez trzy tygodnie nie było z nimi żadnego kontaktu, bo „miały masakrę na studiach”. Nie zgadzam się, żeby mówiły mi, że chciały coś zrobić lepiej, ale ostatecznie „nie dały rady”. Nie chcę słyszeć „dobra, nikt nie zauważy” i „dobra, wymyślmy cokolwiek”. Nie chcę zderzać się z niedotrzymanymi obietnicami, niespełnionymi obowiązkami, wycofywaniem się ze wcześniejszych ustaleń, łamaniem początkowych przyrzeczeń. Czy komuś płacę za jego pracę, czy nie płacę. Zarówno w Prawie Harcerskim, jak i w Zobowiązaniu Instruktorskim brakuje mi zapisu o tym, że naszą funkcję powinniśmy wypełniać najlepiej, jak tylko się da. Że zobowiązania to dla nas rzecz święta. Że chcemy nie tylko „coś robić”, ale robić to porządnie, od początku do końca, z uwzględnieniem konsekwencji, jeśli nie dotrzymamy obietnicy. Że zależy nam na tym, aby nasza praca była wykonana tak, żeby inni – i nasi przełożeni, i nasi podopieczni, i wszyscy, którzy nas obserwują – byli z tej pracy zadowoleni, czuli jej celowość i rzetelność. Tak naprawdę dopiero wtedy należy nam się zapłata w postaci satysfakcji i spełnienia, kiedy możemy o sobie powiedzieć: „powierzone mi zadanie wypełniłem najlepiej, jak tylko się dało”.

Jeśli już teraz nauczymy się sumiennie realizować swoje zadania, to za kilka lat okażemy się po prostu dobrymi pracownikami.

Warto też podkreślić fakt, że przykładne wypełnianie harcerskich obowiązków spowoduje, że w przyszłości będziemy bardziej atrakcyjnymi „kąskami” na rynku pracy. Jeśli już teraz – jako przyboczni, drużynowi, członkowie kapituły HO, kwatermistrzowie obozowi – nauczymy się sumiennie realizować swoje zadania, to za kilka lat okażemy się po prostu dobrymi pracownikami, na których można polegać, którym bez obawy można powierzyć odpowiedzialność. Ja po doświadczeniach współpracy z różnymi osobami przy różnych harcerskich przedsięwzięciach jestem w stanie bez problemu powiedzieć, kto według mnie byłby dobrym pracownikiem, a kogo raczej bym nie zatrudniła. Warto ćwiczyć i zbierać doświadczenie już teraz.

Nie podoba mi się to, że pozwalamy w harcerstwie na bylejakość, tłumacząc ją innymi obowiązkami, których każdy z nas ma mniej lub więcej. Odpowiedzialność na funkcji w ZHP polega też na tym, że jeśli nie jesteś w stanie wywiązywać się ze swoich obowiązków, to – znalazłszy uprzednio swojego następcę – powinieneś się wycofać.

Albo rób to dobrze, albo spadaj.

Marta Tittenbrun - ma trudne nazwisko, więc nazywają ją tym wcześniejszym – Szewczuk. Zawodowo zajmuje się pisaniem i redagowaniem. Jest dziennikarką sportową i pisze głównie o bieganiu, a sama najbardziej lubi biegać w górach. W harcerstwie redaktor naczelna "Na Tropie", instruktorka Zespołu Wędrowniczego Wydziału Wsparcia Metodycznego GK oraz instruktorka Zespołu ds. informacji Wydziału Komunikacji i Promocji GK.

  • Ania

    Marta! (Druhno?)
    Kocham ten felieton z calego serca bo odzwierciedla wszystkie moje mysli i mase trudnosci, ktore napotykam na swojej harcerskiej drodze. Zawsze sie zastanawiam, gdzie konczy sie wychowywanie instruktorafunkcyjnego i wlasnie `glaskanie po glowie` a gdzie zaczyna koniecznosc, okrutnie mowiac, pozbycia sie go bo przynosi wiecej szkody. Zwlaszcza, kiedy bezposrednio cierpia na tym szeregowi czlonkowie naszej organizacji.
    Wiec dziekuje Ci za ten tekst, przywracasz mi wiare w moje przemyslenia i to, ze nie tylko ja tak mysle. A skoro jest nas wiecej… :)

  • No to czas spadać. Czuwajcie!

  • Lucyna Czechowska

    Kiedy mnie uczono o co chodzi w harcerstwie to były tam trzy rzeczy: służba, praca nad sobą i braterstwo. Oczywiście rzetelność jest ważna w życiu, zarówno zawodowym, osobistym, jak i harcerskim, ale ZHP nie jest korporacją, w której wymagam czegoś od moich podwładnych (bez względu na to czy im płacę w złotówkach czy w splendorze i honorach) jest stowarzyszeniem ludzi, których łączą wspólne wartości i cele. Zawsze przykro mi, kiedy ktoś nie dotrzyma słowa lub zrobi coś po łebkach, ale gdybym bezdusznie skreślała każdego kto kiedykolwiek kogoś zawiódł połowy wspaniałych rzeczy, jakie osiągnęłam wraz z moimi ludźmi by nie było. Wydarzyły się jednak, bo potrafię dawać drugą lub trzecią szansę oraz wykorzystać w człowieku jego dobro i potencjał mimo wad (każdy je ma, brak profesjonalizmu jest tylko jedną z nich i wcale nie naczelną). Nawet Dekalog nie mówi, że jeśli raz złamiesz przykazanie to powinieneś spadać, naprawdę uważasz, że masz prawo tak mówić co kogokolwiek?

  • Marta Tittenbrun

    Lucyna, tytuł i ostatnie zdanie są oczywiście wyolbrzymieniem, ale to chyba nietrudno zgadnąć. Ja nikogo nie skreślam. Nikomu tak naprawdę nie powiedziałam „spadaj”. Zawsze jest tu i moja odpowiedzialność – jako instruktorki, wychowawcy, przełożonej – żeby razem z taką osobą pracować i razem z nią szukać rozwiązań, które sprawią, że sytuacja się poprawi. Nie zawsze jest to łatwe, nie zawsze na dłuższą metę się udaje. Ale to jest temat na zupełnie osobny tekst.

  • Guest

    Marta, nie jestem przekonany.

  • Mateusz Chmielewski

    Marto, nie jestem przekonany. Wydaje mi się, że ciężar problemu nie leży po stronie osoby, która się nie wywiązuje. Mam poczucie, że problemem jest często zachęcająca do tego postawa przełożonych i ich (jakby nie patrzeć) lekceważenie podopiecznych/podkomendnych.
    Ile to razy zdarzyło się, że mimo wielu harcerskich i nie tylko obowiązków, ktoś bierze kolejny „bo trzeba”, „bo dasz radę”, „bo to tak dużo czasu nie zajmuje”, „bo kto jak nie ty”? Z doświadczenia wiem, że najczęściej pod ciężarem natłoku harcerskiej rzeczywistości padają nie Ci, którzy ochoczo biorą na siebie kolejne rzeczy, a te, które „zostały w to wrobione”.

    Jasne, że zdarzają się chodzące awatary barku odpowiedzialności i takim osobom trzeba umieć podziękować. Nie mniej na skalę Związku, najzwyczajniej brakuje instruktorów. Bez pokonania tego problemu, nie pozbędziemy się problemu instruktorów, którzy chcą, nie mogą, robią, bo ktoś musi.

  • JWR

    Ten artykuł przypomina mi trochę wyżalanie się małego zapłakanego dziecka. Tekst artykułu można by z pewnością skrócić o połowę, zachowując jego przekaz a jednak podwyższając jego jakość.
    Co więcej poruszony problem jest ogólniowy i bijący do wszystkich, co nie wywiązali się z powieżonego im zadania. Przypominając, że rozwój to stawianie sobie wyzwań. A wyzwania, które będą na 100% zrealizowane nie mogą nazwać się wyzwaniami. Harcerstwo polega na ciągłym rozwoju, nie tylko podopiecznych ale i osobistym w przypadku instruktora. Przez co jest pewne, że może trafić na obowiązki w których nie będzie sobie radzić, a w otoczeniu nie będzie nikogo kto go w tym zastąpi – i co teraz? Niestety jest zbyt duże prawdopodobieństwo, że tak może się stać. A dzieje się to właśnie dlatego, że harcerstwo nie może być nigdy na pierwszym miejscu.
    Jeśli ktoś uważa, że harcerstwo to najważniejsza rzecz w jego życiu i dlatego poświęca mu 100% siebie, to znaczy że:
    a) jest cyborgiem, który nie zachowuje funkcji życiowych (100% = nie ma jedzenia i spanie – błąd definicji użyty w artykule)
    b) nie ma pieniędzy = umieramy bo nie mamy co jeść, co pić, suchego konta do spania i nie możemy też pisać artykułów, bo nas na to nie stać
    c) polecił bym się leczyć.

    Harcerstwo nie jest całym życiej, jest ledwie jego ułamkiem, a przeżywając drobiazgi w harcerstwie jako całe życie towrzy właśnie takie artykuły jak ten, który jak napisałem wcześniej – przypomina płacz małego dziecka.

  • Ola Nowak

    Trzeba sobie powiedzieć, mimo wszystkich n-tych szans, postawionych wyzwań i ograniczeń, że jest pewna granica. Każdemu czasem coś w życiu nie wyjdzie i ok, nic się nie stanie. Ale jest pewien moment, kiedy ja mówię „stop”.
    Umawialiśmy się na coś, umówiliśmy się na coś innego, bo to pierwsze Ci nie wyszło, rozmawiamy teraz trzeci raz i ciągle jest źle, to może rzeczywiście teraz nie ma w Twoim życiu czasu na harcerstwo?
    Odnoszę wrażenie, że wielu instruktorów trzyma ludzi przy sobie na siłę i zrobi wszystko (w tym odwali robotę za nich), byle tylko z nimi byli, bo jak nie to… no właśnie co? Rolą kadry szczepu, hufca jest umieć mądrze powiedzieć takiemu „bylejakiemu” instruktorowi „do widzenia”, gdy np. widzimy, że taki człowiek konsekwentnie nie potrafi podzielić życia między studia a ZHP. Niech więc nie dzieli, będzie lepiej i dla niego, i dla studiów, i dla ZHP.

  • Ola Nowak

    Moim zdaniem istnieje spora różnica, między dawaniem drugiej szansy i wspieraniem, o czym piszesz Lucyno, a konsekwentnym przymykaniem oka i przyzwalaniem na „bylejakość”, o czym pisze Marta.
    Jedno jest dobre, drugie jest złe :)

  • olga

    Bardzo dobry felieton. Jest w nim sporo prawdy również tej,która dotyczy zwykłych pracowników różnych firm, którzy po prostu są zwalniani za niedopilnowanie obowiązków. Taka postawa jest nie ty spotykana tylko w harcerstwie, niestety. Myślę, że to zmora współczesnego społeczeństwa albo społeczeństwa „od zawsze”, tylko wcześniej się o niej nie pisywało.

  • studax

    Zazdroszczę wszystkim tym turboskautom. Serio. Zazdroszczę tym co mają czas i możliwości. Zazdrosze tym ktorzy sie nie mylą i zawsze robią wszystko dobrze o ile tacy ludzie istnieją. Ja jeszcze nikogo takiego nie spotkałem. A jeżeli chodzi o ludzi bylejakich to większość takich spotkamy na stołkach. To Oni taki nam dają przykład. Łamią prawo harcerskie, nie wywiązują sie z zadan im powierzonych, ba.. nawet z własnych zamierzeń, są niedostępni kiedy są naprawdę potrzebni. I co? I wszystko spoko. Nikt z tym nic nie robi. Jak będzie porządek na górze to bedzie z kogo brać dobry przykład.

  • Marta Tittenbrun

    JWR, trochę źle zrozumiałeś. To nie jest tekst o tym, że nie chcemy w harcerstwie osób, które nie wywiązały się z powierzonego zadania. Tak jak napisałam gdzieś niżej w komentarzu: nasza – instruktorów, wychowawców, przełożonych – w tym rola, żeby razem z taką osobą spróbować rozwiązać problem, który powoduje obniżenie jakości działania. Tu się z Tobą zgadzam. Jest jednak zasadnicza różnica między bylejakością a dobrymi chęciami, z których nic nie wychodzi. Nad tym drugim można się pochylić. Tego pierwszego nie chcę akceptować.
    Piszesz: „Harcerstwo nie jest całym życiem, jest ledwie jego ułamkiem”. Tak samo jest z pracą, w której dostajesz wynagrodzenie. Czy z tego powodu, że praca zarobkowa jest tylko częścią Twojego życia, pozwalasz sobie na luźne podejście do swoich obowiązków.

    Oczywiście, że harcerstwo nie powinno być najważniejszą sprawą w życiu. Jednocześnie jednak jeśli takie przeświadczenie skutkuje u kogoś (bo nie u wszystkich!) obniżaniem jakości działania, to trzeba się zastanowić, czy na to harcerstwo jest u nas miejsce.

  • Marta Tittenbrun

    Mateusz, ale ja tu za bardzo nie piszę o osobach, o których Ty wspominasz. Piszę raczej o tych, którzy nie przykładają wielkiej wagi do powierzonych ich zadań, bo przecież „nic się nie stanie, jeśli tego nie zrobię, a to przełożę na później” – tylko dlatego, że jesteśmy wspaniałymi wolontariuszami i pracujemy społecznie.

  • Pytacz

    Fajnie jest zwalić na tych „onych”, co? Bo przeciez zawsze będą jacyś „oni” na górze, którzy robią coś gorzej od nas. Bo przecież przyznanie się do nie pracowania nad sobą jest passe…

  • Patrycja Nowak

    Hmm… Bardzo ciekawy artykuł. Popieram.
    Tylko szkoda, ze tych pracujących i angażujących się mało kto docenia…

  • Guest

    Jeśli już podejmujesz się funkcji w harcerstwie to jako instruktor musisz to robić świadomie, taką podjąć służbę na jaką możesz sobie pozwolić, by ją rzetelnie wypełniać, a nie byle jak byle mieć kolorowy sznur i pseudo szacun na dzielni. W pełni zgadzam się z Martą, bo to nasza rola jako instruktorów by czuwać nad jakością, a jeśli komuś proponujemy funkcję to dlatego, że będzie w tym dobry i ma na to czas. Nie możemy stawiać ludzi w sytuacji „bez Ciebie to padnie, musisz brać tę funkcję” gdy wiemy (a przecież znamy naszych ludzi) ,że nie mają oni wystarczająco czasu na wywiązanie się z powierzonych obowiązków. Jasne, fajnie by przykład szedł z całej góry, ale zmiany zaczynają się u podstaw. Wychowajmy pokolenie świadomych i rzetelnych ludzi – to oni kiedyś będą naszą władzą w ZHP. Zmieniajmy nasz świat zaczynając od samych siebie i naszego otoczenia.

  • kęsik

    Jeśli już podejmujesz się funkcji w harcerstwie to jako instruktor
    musisz to robić świadomie, taką podjąć służbę na jaką możesz sobie
    pozwolić, by ją rzetelnie wypełniać, a nie byle jak byle mieć kolorowy
    sznur i pseudo szacun na dzielni. W pełni zgadzam się z Martą, bo to
    nasza rola jako instruktorów by czuwać nad jakością, a jeśli komuś
    proponujemy funkcję to dlatego, że będzie w tym dobry i ma na to czas.
    Nie możemy stawiać ludzi w sytuacji „bez Ciebie to padnie, musisz brać
    tę funkcję” gdy wiemy (a przecież znamy naszych ludzi) ,że nie mają oni
    wystarczająco czasu na wywiązanie się z powierzonych obowiązków. Jasne,
    fajnie by przykład szedł z całej góry, ale zmiany zaczynają się u
    podstaw. Wychowajmy pokolenie świadomych i rzetelnych ludzi – to oni
    kiedyś będą naszą władzą w ZHP. Zmieniajmy nasz świat zaczynając od samych siebie i naszego otoczenia. I nie chodzi o to by skreślać kogoś bo mu coś nie wyszło, ale by nie przymykać wiecznie oka na ciągnącą się bylejakość.

  • studax

    Chodzi o to, że takiej pracy zostaliśmy nauczeni. Takie są nasze wzorce. Chwała wszystkim tym którzy są idealni i nie muszą spadać. Poza tym ten się nie myli kto nic nie robi.

  • Jędrzej Kowalewski

    Bardzo lubię teksty NT i Twoje Marto również, jednak ten do mnie nie przemawia. Z jednego powodu, do którego od wczoraj dochodziłem.
    Niesie on ze sobą więcej zagrożeń niż pożytku. Jak ja go czytam i widzę, po komentarzach, że nie tylko ja, to mam wrażenie następujące: ok, czyli może powinienem więcej czasu poświęcać na ZHP, bo nie wszystko robię perfekcyjnie. Może powinienem po prostu spadać. Może w strukturach na poziomie hufca, chorągwi nie ma miejsca na ludzi bez stuprocentowego oddania i umiejętności specjalistycznie menadżerskich.

    Ci którzy zawalają sprawę i tak o tym nie wiedzą i nie chcą tego dostrzegać. Z mojego doświadczenia, typowi „zawalacze” i tak myślą, że wszystko jest ok, że się starali, że dali z siebie ile mogli. Jak się komuś takiemu niepokornemu zwróci uwagę, albo jak niektórzy piszą, nie głaska po główce, to najzwyczajniej w świecie potraktują to jako nagonkę na siebie, utarczki interpersonalne.

    Warto rozmawiać w sposób krytyczny, zwłaszcza w zespołach instruktorskich. Jednak, nie rozumiem, na prawdę nie rozumiem, czemu ton tego artykułu jest w II osobie, czyli każdemu czytającemu każe przeanalizować siebie. Znam wielu instruktorów, którzy robią dobrą robotę, a nie potrafią siebie docenić. Ten artykuł może zasiać im myśl, że warto spadać. Tego się tylko boję, odbierając ten artykuł.

  • Wojciech Nadurski

    Promotor: Jak to nie zdazyles napisac inzynierki?
    Ja: „miałem masakrę na harcerstwie”

    Szef: gdzie byles przez ostatnie 3 tygodnie?
    Ja: „harcerstwo, biwak, akcja (zarobkowa!) i-ogólny-młyn”

  • Łukasz P.

    Zawsze starałem się wykonać swoją pracę i pracę w ZHP najlepiej jak potrafię.
    Niestety życie (praca, dom, studia, inne obowiązki) pokazuje, że to nie takie proste. A jeść coś trzeba- pracować, uczyć się trzeba- rozwijać, obowiązki domowe- wypełniać trzeba

    , a ile ich jest!? Jak wykluczymy wszystkich tych , którzy nie zawsze mogą, albo nie zawsze idealnie im wychodzi z powodu obowiązków, to zostaną Ci co maja czas tylko na ZHP… A Naszemu Harcerstwu wcale nie o to chodzi. Czym innym jeszcze jest „obijactwo” co poniektórych. Zgadzam, się z nastawieniem mówiącym o odpowiedzialności i wysokim poziomie jakości wykonywanych zadań. Ale nie zagalopujmy się w „doskonałość” bo czym innym jest praca w ZHP, a czym innym jest praca zarobkowa. Jak nie będę miał za co jeść, to w ZHP też pracować nie będę mógł. Gdy jest się dzieckiem, młodym człowiekiem ma się czas aby poświęcić się całkiem. Jak się ma obowiązki to życie wygląda znacznie bardziej skomplikowanie. To co? To Harcerstwo już mnie nie chce, bo nie mogę się poświęcić bezgranicznie…? W tym temacie trzeba złapać równowagę, pewien balans. Trzeba umiejętnie łączyć możliwości z sumiennością. Dla zdecydowanej większości z Nas, Harcerstwo nie jest na 1 planie. Niestety jeść mi nie da. A szkoda ;)

  • Lucyna Czechowska

    Czytam i słucham Ciebie Marto od jakiegoś czasu i wcale nie byłam pewna, że to takie wyolbrzymienie. Rozumiem sztukę dziennikarską, ale jest także odpowiedzialność za słowa i jeśli mam wybierać pomiędzy zachęceniem kogoś, kto jednak kolejny raz nie da z siebie 100%, a zniechęceniem kogoś kto się ze sobą zmaga, bo próbuje połączyć wiele sfer życia to zawsze wolę to drugie. Poza tym, choć może nie podkreśliłam tego zbytnio wcześniej, wcale nie jestem zwolennikiem przymykania oka. Uważam tylko, że do ludzi powinno bardziej apelować powołanie się na wagę zadań i wspólnotę wartości, niż do ich samo-doskonałości. Świat jest pełen ludzi perfeksyjnych, nie czyni go to ani trochę lepszym.

  • Natalia Olga Ożubko

    Za swoich czasów też tak miałam. Natłok pracy w ZHP to nie jest tylko wina samego siebie. Czasem np. twój drużynowy, komendant szczepu zapomina, że jest więcej instruktorów do pomocy w szczepie drużynie, i zwala większość pracy na jednego instruktora. Często się z tym spotykam, że jedna osoba robi wszytko i nie wyrabia się z tym, a obok niego stoi inny instruktor, który chce pomóc, nawet domaga się by coś mu dali, a i tak zostaje pomijamy.

  • Krystian Kędziora

    Może nie jestem jakimś starym harcerskim wyjadaczem, ale instruktorem i wychowawcą jestem już parę lat. Z mojego doświadczenia wynika, że ten artykuł warto by było powiększyć do formatu A0 i wywiesić w każdej harcówce i komendzie.

    Bylejakość, a niedomaganie z czasem (bo właśnie praca, studia, dom itp.) to zupełnie co innego, a w tym artykule właśnie o tą bylejakość chodzi. Jeśli nie mam czasu na wykonywanie swojej pracy dobrze to ograniczam swoje obowiązki. Nie mam możliwości poświęcić odpowiednio dużo czasu żeby być drużynowym, ok – zostaje fotografem szczepu (przykład).
    Dostrzegam kilka powodów bylejakości:

    1) branie za dużo na siebie (to ten temat ze srokami i ogonami),

    2) chęć zyskania prestiżu małym nakładem sił („jestem drużynowym i instruktorem – wielbcie mnie, chociaż nie za bardzo mi się chce coś robić”),

    3) nieświadomość (jestem np. szczepowym, ale dopiero w trakcie pełnienia funkcji „dowiaduję się” z czym to się wiąże)

    4) brak asertywności (pomimo to że za dużo na siebie biorę to nie potrafię odmówić, aby wziąć kolejne zadanie/funkcję kosztem jakości).

    Niestety wielu przełożonych nie umie powiedzieć dość i pomimo wielu prób, „ostatnich terminów”, próśb, gróźb i rozmów, nadal nie pozbawia danej osoby obowiązków (bo np. nie ma kim zastąpić funkcyjnego). Rozumiem argument braku kadry w środowisku, ale czy to powód żeby pozwalać na bylejakość? Czy lepiej żeby drużynowy byle jak prowadził drużynę, czy lepiej żeby drużynę rozwiązać? Czy jest dla nas ważna jakość pracy i wychowywania, czy przetrwanie na funkcji lub danej struktury mimo wszystko.
    Każde środowisko jest inne i ma inne możliwości (granica bylejakości się przesuwa(?)), ale trzeba mieć honor i kolokwialnie mówiąc „jaja”. Z jednej strony honor żeby przyznać się do bylejakości i sobie odpuścić (np. zmieniając funkcję), a z drugiej strony „jaja” żeby zwolnić z funkcji/obowiązków człowieka który swoją pracę wykonuje byle jak.
    Chciałbym na koniec moich przemyśleń na temat tego artykułu wykrzyknąć: „Jakość przede wszystkim!” – w małych lub większych zadaniach wedle możliwości.

    Dzięki za ten artykuł;-)

  • Pingback: Na Tropie: Rób to dobrze albo spadaj | Związek Harcerstwa Polskiego()

  • Emilia Wawrzyniak

    Mocne słowa dalekie od idei pozytywności w ZHP. Osobiście jestem przeciwnikiem bylejakości. Jeśli zabieram się za coś staram się zrobić to tak, aby było najlepiej jak potrafię. Ale tu tkwi sedno sprawy. Dla każdego to oznacza co innego. Może Twoje doświadczenia są takie, ponieważ nie motywowałaś dość dobrze swoich współpracowników? Warto zacząć od siebie.
    Ale jaka by nie była to przyczyna – nie skreślaj ludzi. Nie pal za sobą mostów. To nie po harcersku. Gdyby każdy kto nawalił miał „spadać” nie byłoby ZHP. Bo na tych błędach się uczymy a ile przy tym jednak dzieje się wspaniałych rzeczy. Tak więc – jakość TAK! jak najbardziej. Ale nie za cenę braterstwa. Harcerstwo ma być pasją, stylem życia a nie odpowiednikiem pracy zarobkowej.
    Sam artykuł jest kontrowersyjny i domyślam się, że miał skłonić do dyskusji. Pamiętaj jednak Marto, że czytają to nie tylko instruktorzy, ale i harcerze. I kiedyś może stać się tak, że któremuś coś nie wyjdzie a pod wpływem takich słów po prostu da sobie spokój. Pierwszą zasadą dziennikarstwa – odpowiedzialność za słowa.

  • Tomek

    Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy.
    Co nie jest jasne?

  • Michał Andrzej Ludkiewicz

    ZHP jak i całe harcerstwo ma na celu wychowanie, więc jeżeli podejdziemy do tego, że robisz błąd i wypad to coś tu nie jest tak. Mamy ludzi uczyć odpowiedzialności, działalności. Dlatego też należy ich prowadzić i dawać szansę oraz pilnować – mamy przecież narzędzia metody itp.
    Bo widzę, że powoli dochodzimy do społecznego dogmatu – sukces ma wiele twarzy, porażka tylko jedną – kozła ofiarnego. Każde nasze działanie przez kogoś jest zatwierdzane, jakoś idzie itp :) więc niech odpowiadają wszyscy :) – ja odpowiadam za błędy swoje i swoich harcerzy.