Było nas czworo

Archiwum / 12.03.2008

Dawid, Szafa, Jacobs i ja. Z Dawidem zawsze wygrywałem w regatach. Umiejętności były podobne, ja miałem nieco więcej szczęścia. Szafa wiecznie twierdziła, że „życie jej nie oszczędza” i nigdy nie miała czasu, choć moim zdaniem nieustannie go marnowała. Jako pierwszy puściłem Jacobs „Sen Katarzyny II” – to zapoczątkowało jej ogromną fascynację Kaczmarskim… Jak jest między nami dziś?

Najlepiej chyba pamiętam obóz w 2001 roku, kiedy byliśmy odpowiedzialni za program – taka „kadra młodzieżowa”. Mogliśmy nie spać po ciszy nocnej, z namaszczeniem siadaliśmy wtedy w stołówce i dyskutowaliśmy o tym, jak zaplanować następny dzień i czym ponad sto osób będzie się zajmować podczas kolejnych obozowych przygód. Aha – i ten wieczór kiedy wypiliśmy z Dawidem wiadro… herbaty (panie kucharki na naszych obozach robiły fenomenalną herbatę).

Pamiętam mnóstwo zdarzeń – spanie na łódce otwartopokładowej z Szafą w weekend majowy na Mazurach przy temperaturze poniżej zera (po raz pierwszy widziałem wtedy jak ktoś śpi nawet w butach i mimo tego płacze z zimna), Mistrzostwa Polskich Jachtów Kabinowych, na które zabrał nas z Dawidem nasz żeglarski guru (mieliśmy tylko 17 lat – ale byliśmy z siebie dumni!), no i niezliczone imprezy u Jacobs na działce. Dziesiątki wyjazdów, setki zbiórek, tysiące przepłyniętych mil (wersja dla harcerzy lądowych – „tysiące przebytych kilometrów”), spotkania i rozmowy, których nikt nigdy nie zdoła policzyć. Nie muszę tego tłumaczyć – każdy, kto miał przyjaciół w drużynie harcerskiej, wie o co chodzi.

Przyszła matura – moja w roku 2003, pozostałej trójki rok później. Wszyscy dostaliśmy się na studia do Warszawy – na Akademię Medyczną, Szkołę Główną Handlową i Uniwersytet Warszawski.

Sądzicie pewnie, że dalszy ciąg tej historii wygląda tak: „Dzięki naszej długiej, jeszcze kieleckiej, znajomości, w stolicy nie czuliśmy się samotni. Nasze drużynowo-obozowe przyjaźnie dziś są równie mocne, przetrwały próbę czasu. Nie wyobrażam sobie tygodnia bez telefonu lub spotkania z którymś z nich, ich problemy są moimi problemami.”

Dalszy ciąg tej historii wygląda inaczej.

Dawid z Tajwanu, gdzie był przez ostatnie pół roku, przesyłał wiadomości w stylu, który potrafi nadać słowu pisanemu tylko on. Mała próbka: „Po pewnym czasie niektóre rzeczy Cię nie dziwią, na przykład to, że ktoś zatrzymuje Cię na ulicy, żeby zrobić sobie zdjęcie z białasem”. Mieszka całkiem niedaleko – zadzwonił po powrocie, żeby się spotkać, chętnie go zobaczę. Spotykamy się raz na 1-2 miesiące, rozmawiamy, śmiejemy się, obgadujemy wspólnych znajomych. Powiedzieć jednak: jestem na bieżąco z życiem Dawida – to by była obłuda.

Z Szafą widzieliśmy się dwa miesiące temu, potem chyba rozmawialiśmy jeszcze jeden raz. Ostatnio robiła kurs pilotów wycieczek, tłumaczyła filmy i miała stabilne życie osobiste. Chyba nie wie, że zmieniłem mieszkanie. Powiedzieć, że jesteśmy na bieżąco ze swoim życiem byłoby kłamstwem. Przynajmniej nie tak jak kiedyś.

Zdziwiłem się, kiedy w grudniu zobaczyłem „Jacobs” na ekranie dzwoniącego telefonu – nie widzieliśmy się wszak prawie pół roku. Złożyła mi życzenia na Boże Narodzenie (ucieszyłem się), ja odpowiedziałem tym samym (ucieszyła się). Powiedziała, że jest spotkanie starej kadry drużyny i żebym przyszedł. Nie mogłem – byłem akurat w innym mieście. Wiem, że pracuje w kancelarii prawnej, ale prawdę mówiąc, wiem niewiele więcej…

Dziś mówiąc „my” myślę o innych osobach. Też jest nas kilkoro – właśnie skończyliśmy jedno z roboczych spotkań. Ania napisała przed chwilą, że konduktor podrywa ją w pociągu. Kasia ostatnio jakoś posmutniała, a Mariusz nie wie którą pracę wybrać, ma kilka propozycji. Miałem ostatnio trochę kłopotów (któż ich nie miewa?) – przegadaliśmy z Gośką na ten temat wiele godzin, pomogła mi. Pracujemy ze sobą, mamy wspólne cele, łączą nas te same kłopoty, marzenia, wizje.

Życie idzie do przodu – jestem dziś w innym jego punkcie niż kilka lat temu. Nie potrafiłbym sobie wyobrazić w roku 2002, że nie wiem czym jutro będzie zajmować się Szafa, ani jak aktualnie Dawidowi układa się z dziewczyną. Dziś wiem to o innych.

Czy to źle? Czy coś zaniedbałem? Czy mój przypadek jest szczególny, bo zmieniłem harcerskie środowisko?

Bez winy nie jest nikt, ale jest jeszcze coś. Wspólna praca, jeden cel, te same kłopoty – to ludzi zbliża. Z czasem jednak ścieżki się rozchodzą, zmieniają się światopoglądy, priorytety, marzenia, plany, inne są doświadczenia. Kto wie – może ci, bez których nie wyobrażamy sobie dziś egzystencji, za parę lat staną się kolejnymi znajomymi na naszej-klasie, tudzież kontaktem w telefonie komórkowym?

Nigdy chyba nie przestanę nazywać trójki bohaterów tego tekstu przyjaciółmi – za dużo razem przeżyliśmy i za dużo o sobie wiemy. Ale dziś to raczej przyjaźń starych znajomych – pewnie i za kilkanaście lat kiedy się spotkamy, na samych wspomnieniach czasów z 33 KHDŻ zejdzie nam cały wieczór. Nasze życia są jednak dziś inne – nie biegną już tak blisko siebie. Wiem jedno: zawsze trzeba patrzeć w przyszłość. Wiem jeszcze coś: najlepsze, co nam daje harcerstwo, to przyjaciele.

  phm. Jakub Sieczko – szef Harcerskiej Szkoły Ratownictwa, instruktor hufca Warszawa Żoliborz. Szef działu "Specjalności" w “Na tropie”, wywodzi się z 33 KHDŻ „Pasat” (hufiec Kielce-miasto). Student V roku medycyny na Akademii Medycznej w Warszawie.