Chodzi o to, by mówić

Archiwum / Filip Springer / 12.03.2008

Nie będę widział, że coś jest nie tak, jeśli Ty mi tego w jakikolwiek sposób nie zakomunikujesz. Nie poradzisz sobie z problemem, jeśli o nim nie porozmawiasz. Im dłużej skrywasz problem, tym robi on się większy. I trudniej sobie z nim poradzić.

Istotą rozwiązywania konfliktów między ludźmi jest komunikacja. Niekoniecznie ta, w której używamy słów, bo często trudno nam je wypowiedzieć, zwłaszcza wówczas, gdy problem jest trudny i bolesny. Komunikować możemy w różny sposób i musimy to robić, jeśli chcemy, by problem został rozwiązany, a nie napęczniał do monstrualnych i przerastających każdego człowieka rozmiarów.

Lider z reguły nie jest jasnowidzem i choć stara się, jak może, to nie zawsze wyłapuje wszystkie symptomy nadchodzącego konfliktu. I choć symptomy jako takie nie zostały wyartykułowane, to sam problem zaczyna już siać swoje złowieszcze żniwo. I choćby lider robił, co może, i starał się sto razy bardziej niż zwykle, to jego zespół, zarażony problemem, o którym nikt nie mówi, z każdym dniem będzie się od niego oddalał.

To sytuacja, z jaką bardzo często mamy do czynienia w drużynach, zwłaszcza wędrowniczych. Tam ludzie umieją już bardzo klarownie oceniać sytuację i artykułować swoje zdanie. Artykułować, ale nie mówić o nim głośno. Bo „po co”, „szkoda gadać”, „co ja mogę”, „nie chce mi się”. A to początek końca każdej drużyny. Ale nie nieuchronny. Cały czas można bowiem zawrócić z tej fatalnej ścieżki.

Często wśród wędrowników jest tak, że drużynowy, zwłaszcza ten z mniejszym doświadczeniem, nie trafia w ich potrzeby. Działania jakie im proponuje są drętwe, za trudne, za łatwe lub po prostu nudne. Gdy tak się dzieje w drużynie zuchowej czy harcerskiej szybko traci ona członków. U wędrowników tak być nie musi.

Bo wędrownicy mogą (zuchy i harcerze pewnie też, ale z reguły robią to rzadziej) powiedzieć, że to, co proponuje drużynowy, jest nudne, drętwe i nijakie i w ogóle ich to nie interesuje. Dobrze, jeśli przy tym zaznaczą, że doceniają wysiłek lidera i że nie krytykują jego osobiście, ale szukają wspólnego rozwiązania. W ten sposób mogą wiele zyskać – drużynowego, który wie, co robić, drużynę, która działa, i przyjaciół, którzy wspólnie dążą do wyznaczonych celów.

Jedną z wielkich namiętności każdego zespołu, w tym drużyny wędrowniczej, jest zwyczaj omawiania zjawisk zachodzących w tym zespole poza tak zwanym oficjalnym obiegiem informacji. Można by to nazwać „plotkowaniem”, gdyby nie fakt, że słowo to ma dość błahy charakter. Zjawisko to natomiast w każdym zespole jest symptomem nadchodzącego konfliktu.

Bo jeśli „plotkujemy”, to znaczy, że ktoś z zespołu jest wyłączony z obiegu informacji. Wie mniej lub wie co innego niż inni. Czym sobie na to zasłużył? Nie wiadomo. Po prostu fajnie jest czasem porozmawiać za czyimiś plecami. Wyłączenie z tego obiegu informacji dostępnych zespołowi powoduje, że nie wszyscy w nim mają to samo spojrzenie i ten sam ogląd omawianej potem przez cały zespół kwestii. To rodzi kolejne konflikty i problemy, a cała machina zaczyna napędzać się sama.

Podstawą rozwiązywania problemów w każdej drużynie wędrowniczej powinna być rozmowa między wszystkimi członkami tej drużyny. Nie zakulisowe obgadywanie problemu, ale wspólne dyskutowanie o tym, co nas boli i co chcielibyśmy zmienić. Drużyny umiejące pracować z problemami spotykają się i rozmawiają często. Siadają wieczorem przy ognisku, wyciszeni i skupieni na tym, co wydarzyło się w ciągu dnia. A potem każdy mówi, co mu się podobało, a co zupełnie nie. Co go cieszy, a co irytuje. Nie, nie wygląda to jak sesja u psychoterapeuty, to naturalna rozmowa przyjaciół o nurtujących ich problemach.

Nauczyliśmy się, że te rozmowy przy ogniu w środku nocy to takie koła ratunkowe

Mam w pamięci całą masę takich spotkań z drużyną, której miałem zaszczyt być drużynowym. Zwłaszcza podczas stacjonarnych obozów mieliśmy w zwyczaju wymykać się już po ciszy nocnej z obozu i spotykać w umówionym miejscu. Każdy przychodził sam, siadał w kręgu i czekał, aż odpalimy ogień. Pamiętam, że potrafiliśmy sobie przy tym ogniu powiedzieć bardzo trudne rzeczy. Sam usłyszałem tam wiele słów, które wtedy trudno mi było przyjąć, a które z czasem stały się dla mnie wielką nauką i wsparciem w instruktorskich działaniach. Przy tym ogniu gdzieś w lasach Puszczy Noteckiej, Bieszczadów czy Dolnego Śląska dowiadywaliśmy się o sobie także rzeczy wspaniałych. Każdy z nas uczył się doceniać działania i postawy innych. Z czasem nauczyliśmy się, że te rozmowy przy ogniu w środku nocy to takie koła ratunkowe. Bo w ciągu dnia zdarzało się, że mówiliśmy sobie rzeczy, których nie powinniśmy mówić, lub robiliśmy coś, co nie do końca było przemyślane. Wiedzieliśmy jednak, że wieczorem będziemy mogli sobie to wyjaśnić. I nikt na nikogo aż do wieczornego spotkania tak naprawdę specjalnie się nie obrażał.

Wystarczyło jednak, że czegoś wieczorem nie omówiliśmy, ktoś o czymś zapomniał, albo celowo nie powiedział. Od razu pęczniał problem, na którego rozwiązanie musieliśmy przygotować więcej drewna do ogniska, bo siedzieliśmy przy nim nieraz kilka godzin. Przy tym ogniu uczyliśmy się słuchać i mówić.

Jakiś czas temu odważyłem się skrytykować działania zaprzyjaźnionych instruktorów. W odpowiedzi otrzymałem list pełen osobistych wycieczek, aluzji, ubogi jednak w merytoryczne argumenty. Nie zbliżyliśmy się do rozwiązania problemu. Ciekawe, czy kiedyś uda nam się usiąść przy ogniu i o nim porozmawiać. Ja mogę przynieść zapałki.