Na skandynawskiej fali, czyli o miniaturce obozu wędrownego za granicą

Wyjdź w Świat / Ewa Sobieniak / 12.06.2026

O obozie wędrownym można się uczyć, słuchać i czytać. Jednak nic nie zastąpi jego doświadczenia! W miesiącach luty-kwiecień 2026 odbył się Kurs Drużynowych Wędrowniczych „Fala” 2026 organizowany przez Referat Wędrowniczych Chorągwi Gdańskiej ZHP.  

Jego kursanci mieli za zadanie zorganizować III złaz kursu w formie miniaturki obozu wędrownego za granicą. Jak im poszło? Sami wam opowiedzą!
Powstanie tego artykułu jest częścią zajęć kursowych “Ruch wędrowniczy w ZHP” phm. Ewy Sobieniak.

Jak to się zaczęło?

Anna (Hela) Machola: Szansę na przeżycie niesamowitej przygody jaką był zagraniczny mini obóz wędrowny otrzymaliśmy dzięki uczestnictwie w Kursie Drużynowych Wędrowniczych “Fala”. Już w zgłoszeniach została zawarta o tym informacja.  Szczerze, to bardzo potęgowało chęć załapania się na kurs.

Gdy już doszło do pierwszego złazu w Gdyni, pojawiały się pytania: “w jakiej formie się to odbędzie?”, “jak mamy to zorganizować?”, “od czego zacząć?”. Z niecierpliwością czekaliśmy na rozpoczęcie tej przygody – a było to dość subtelne i pośrednie rozpoczęcie, podczas zajęć… o naborze. Kursanci nagle stali się uczniami, którzy byli obecni w szkole podczas naboru do drużyny wędrowniczej, gdzie przedstawiona została organizacja obozu wędrownego, i co ważne, pojawił się złoty trop, który istotną rolę grał w późniejszych etapach kursu.

Dokąd jechać?

Artur Tomaszczuk: Początkowo propozycje były trzy. Każdą przygotował jeden z zastępów kursowych – były to Finlandia, Malta i Dania. Zadaniem każdego zastępu było przedstawienie reszcie drużyny kursowej jak najatrakcyjniejszej propozycji, która, poza tym, że mieściła się w budżecie, byłaby najlepszym miejscem na odbycie obozu wędrownego. Ostateczny kierunek został wybrany na drodze demokratycznego głosowania, które nastąpiło zaraz po zaprezentowaniu propozycji przez zastępy. Wygrała Dania, jako że łączyła w sobie trzy najważniejsze cechy – wyjazd mieścił się w budżecie, w porównaniu do pozostałych wyjazdów najwięcej czasu moglibyśmy spędzić na miejscu (wylot był rano, a nie wieczorem), a także najzwyczajniej w świecie właśnie ta propozycja trasy spodobała się drużynie najbardziej. Na drugim biwaku kursowym zapadła decyzja, by wyjazd nieco poszerzyć, zajeżdżając w sobotę do Malmö. W ten sposób nasz mini-obóz rozszerzył się na aż dwa kraje – Danię i Szwecję.

Organizacja

Artur Tomaszczuk: W przeciwieństwie do poprzedniej edycji kursu, w tym roku podział obowiązków między zastępami kursowymi nie był stricte zadaniowy; zamiast tego każdy zastęp otrzymał “pod opiekę” jeden dzień wyjazdu. W poczet obowiązków wchodziło zaplanowanie każdego szczegółu dnia, od jedzenia, przez transport i nocleg, aż po program. Po prostu cały ten dzień. Wiązało się to z pewnymi wyzwaniami, ponieważ każdy następny zastęp musiał odpowiednio wcześniej dostać od ekipy planującej poprzedni dzień takie informacje, jak chociażby miejsce noclegu, by w ogóle móc zacząć planować swój dzień. Oczywiście to stawia pytanie jakie rozwiązanie jest lepsze: czy ogarnąć jakiś temat od a do z, na przykład zorganizować całe żywienie obozu, czy musnąć trochę wszystkich zadań organizacyjnych? Ostatniego wieczoru w Szwecji usiedliśmy do ewaluacji naszego mini-obozu. Większością osób (ale nie jednogłośnie!) stwierdziliśmy, że lepiej jest, aby dana grupa osób (w praktyce małych drużyn pewnie wyszłoby, że dana osoba) przygotowała jeden dzień obozu od początku do końca. Nie staje się wtedy „uczniem jednego rozdziału książki” np. żywienia albo transportu, lecz faktycznie ma szansę zrozumieć każdy aspekt codzienności obozu wędrownego i zdobywa szeroki wachlarz umiejętności.

Zastępowy bez doświadczenia

Monika Ogrodnik: Podczas pierwszego złazu po poznaniu się, nadszedł czas podzielenia się na 3 zastępy kursowe. My niczego nie świadomi dostaliśmy kawałek mapy i jedno zadanie – dotrzeć do pomnika. Ja będąca pierwszy raz w Gdyni, bez telefonu i z koleżanką która również nie zna Gdyni, udałyśmy się na wyznaczone miejsce, czyli pomnik ryb. Okazało się jednak, że nad molo takich pomników jest więcej niż jeden a dokładniej dwa- po dwóch różnych stronach. Tak właśnie nie dotarłyśmy na miejsce jak wszyscy. Zdezorientowane, że nikogo nie ma stwierdziłyśmy, że wrócimy do miejsca noclegu. Już prawie na miejscu napotkałyśmy lekko zdenerwowaną osobę z kadry twierdzącą, że się zgubiliśmy i cały kurs nas szuka. Gdy już zastępy spotkały się w pełnych składach przyszedł czas na wybranie lidera- zastępowego, oraz nazwy zastępu. I tak właśnie zostałam ,,zagubioną rybą” która połączyła zastęp w poszukiwaniu. Na początku rola zastępowej nie wydawała się jakoś skomplikowana, trochę spraw organizacyjnych, trochę przypominania o zadaniach między złazowych, nic wielkiego prawda? I tu zaczynają się schody w postaci III złazu. Tu już było więcej odpowiedzialności, bo za cały dzień dla 26 osób. Mi osobiście sposób działania nie pasował, za bardzo było to uzależnione od innych dni. My jako zastęp dnia trzeciego czekaliśmy na informacje: gdzie śpimy, jaki mamy budżet oraz jak wygląda żywienie, aby codziennie nie jeść tego samego. A gdy zastępy wszystko planowały, my musieliśmy czekać. Co spowodowało o wiele mniejszą ilością czasu na planowanie. Warto też wpleść fakt mojego wieku. Ponieważ w czasie kursu miałam lat 16, czyli najmniej na całym kursie (no jeszcze była jedna osoba młodsza ode mnie o jakieś 2 miesiące). Jako osoba tak młoda z zerowym doświadczeniem z obozami wędrownymi, byłam odpowiedzialna za sklejanie planu na ostatni dzień. Było to dla mnie olbrzymim wyzwaniem, które trochę mnie przerosło. Na szczęście miałam wsparcie w kadrze jak i w swoim zastępie. Udało się to spleść do końca. Dlatego drodzy wędrownicy nie obawiajcie się, że coś wam się nie uda, to jest część procesu, który doprowadzi was do perfekcji.

Przygotowania w praktyce – zastęp dnia pierwszego

Anna (Hela) Machola: Pomiędzy pierwszym, a drugim złazem minęły trzy tygodnie. Mogłoby się wydawać, że to całkiem sporo czasu – oczywiście, jeśli jest dobrze wykorzystany. Każdy otrzymał zadanie, za które miał być odpowiedzialny. W praktyce okazało się, że przygotowanie wspólnego wyjazdu zagranicznego, gdy każdy z nas żyje innym życiem, w innych częściach Polski jest bardzo trudne, i przez te trzy tygodnie zdziałaliśmy coś – ale nie było to za wiele.

Wiedzieliśmy o której jest wylot i przylot do Aarhus a także, że z lotniska jeździ jeden autobus, który kursuje wedle przylotów – to już był jakiś punkt odniesienia. Następnie udało nam się wejść w kontakt z skautami z miejscowości Nykøbing. Posprawdzaliśmy potencjalne środki transportu, ale przez pracę na odległość mieliśmy problem z dogadaniem się co i jak.

Dlatego, gdy tylko spotkaliśmy się na drugim złazie, który trwał aż cztery dni, każdą przerwę między zajęciami poświęcaliśmy na analizowanie, szukanie i konsultowanie z sobą nawzajem naszych możliwości. Osobiście, wtedy dopiero poczułam, jakie to jest realne; sami organizujemy mini obóz wędrowny – i to w Danii! Uświadomienie sobie tego, i zobaczenie, że jednak jakoś nam to idzie, dało przypływ energii i chęci dalszego działania nad tematem.

Komunikacja kluczem

Anna (Hela) Machola: Po drugim złazie organizacja była zupełnie inna niż wcześniej – byliśmy bardziej aktywni i zgrani, wiedzieliśmy, co chcemy zrobić, i zamierzaliśmy doprowadzić to do celu. Zmieniliśmy podział zadań na bardziej adekwatny i potrzebny, no i przede wszystkim, w razie wątpliwości kontaktowaliśmy się z naszymi opiekunkami zastępu, których rozsądek i doświadczenie okazały się nieocenioną pomocą. Oczywiście dalej występowały zgrzyty, nieporozumienia i utrudnienia – ale wspólnymi siłami udało nam się wszystko dopiąć na tyle, że gdy spotkaliśmy się na lotnisku, wiedzieliśmy co, jak i gdzie.

Błąd życia czy wielka przygoda? – zastęp dnia drugiego

Konrad Skurpel:  Czy przychodzi Wam do głowy jakiś błąd, który popełniliście i sądziliście, że jest on na skalę trzech najbliższych galaktyk? A teraz zastanówcie się – czy faktycznie był taki duży? Żyjemy w dobie ambicji, „overthinking-u” i przerośniętych oczekiwań do samych siebie. Coraz częściej zapominamy o tak ważnym dla naszego rozwoju fakcie, czyli o tym, że najwięcej uczymy się na naszych błędach. Sam przy okazji kursu drużynowych wędrowniczych przypomniałem sobie metodę zderzenia ze ścianą, jak bardzo błąd może okazać się budujący.

Ostatni złaz kursu miał formę wyjazdu zagranicznego. Tygodnie przygotowań, masa pracy wykonanej przez każdy zastęp, razem połączone w plan świetnej wędrówki. Co mogło pójść nie tak? Otóż według prawa Murphy’ego – wszystko. A przejawiło się to w postaci pewnego druha, który wiedząc, że będzie przekraczał granicę swojego kraju „postanowił” zapomnieć potrzebnego do tej akcji dokumentu tożsamości. Myślę, że nie ma sensu unikać dalej narracji pierwszoosobowej ;)

Cała spirala miała swój początek w momencie e-odprawy. Kiedy mieliśmy zebrać się z dowodami osobistymi, aby nie marnować później czasu na odprawę na miejscu, poszedłem po swój portfel i zajrzałem do niego pełen przekonania, że znajdę w nim swój dokument, a zamiast tego nastał moment prawdy – zajrzałem w głębię, a ona mi odpowiedziała. W tamtym miejscu pokazały się pierwsze pomocne dłonie, które złapały mnie za rękaw, zanim spadłem z klifu – komenda kursu wraz z druhną opiekun naszego zastępu na czele. Po chwili analizowania opcji, szybkiej burzy mózgów oraz rekalkulacji budżetu wyklarował się plan działania, który miał szansę na powodzenie.

Lotnisko, z którego wylatywaliśmy, oferowało usługę wyrabiania paszportu tymczasowego dla takich kurczaczków w potrzebie jak ja. Niestety punkt ten nie działa 24/7 i otwierał się dopiero po godzinie wylotu naszej grupy. Fakt ten, wraz z realiami budżetowymi, doprowadził nas do następującej koncepcji: Reszta drużyny kursowej wyleciała zgodnie z planem do Aarhus i miała przed sobą wędrówkę do Nykøbing Sjælland (miejsca naszego noclegu), a ja w tym samym czasie musiałem samodzielnie wyrobić paszport tymczasowy, polecieć osobnym lotem do Kopenhagi i znaleźć swój sposób na dotarcie do reszty kompanii.

Myślę, że nie ma sensu roztrząsać całej podróży na najdrobniejsze etapy. Po dotarciu samolotem do Kopenhagi, drobnej pieszej wędrówce po jej okolicach, króciutkim autostopie i podróży pociągiem, udało mi się dotrzeć do pozostałych towarzyszy czekających na mnie w siedzibie lokalnej drużyny skautowej. Gdy wszedłem tam po zmroku, po całym dniu samotnej tułaczki, przywitały mnie uściski i okrzyki oczekujących mnie kamratów, co było już wisienką na torcie mojego poczucia spełnienia.

Podczas rozmowy instruktorskiej na koniec całego kursu dostałem od opiekuna zastępu pytanie: „Czy gdybyś miał możliwość cofnąć się do momentu pakowania, to tym razem zabrałbyś dowód ze sobą?”. Wtedy moja odpowiedź nie była tak pewna, jednakże dzisiaj, pisząc o całości, jestem w stu procentach pewien odpowiedzi – „Nie!”. Cały ten ciąg był bodźcem, którego potrzebowałem od pewnego czasu. Przypomnieniem, że jeden błąd nie skreśla naszego sukcesu. Upadek na wyboju nie definiuje tego, kim jesteśmy – robi to sposób, w jaki się z tego upadku pozbieramy. Nie jest też hańbą przyjęcie pomocy. Drodzy wędrownicy, pamiętajcie, sedno wędrówki to nie kilometry, które przy niej przemierzymy, a to o co nas ona po drodze wzbogaci.

Przygotowań czas – zastęp dnia trzeciego

Monika Ogrodnik: Dnia trzeciego naszym głównym celem było dostanie się na lotnisko i powrót do Polski – wydaje się, że to najłatwiejszy dzień. Jednakże z perspektywy osoby za to odpowiedzialnej tak proste to nie było. Najbardziej problematycznym punktem okazało się zgranie z dniami pozostałymi. Kiedy plan w poprzednim dniu uległ drobnej zmianie u nas potrafił zrobić fikołka. Dlatego mieliśmy dwa plany na zwiedzanie: jeden jakbyśmy zostali w Kopenhadze a drugi jak uda nam się dotrzeć do Malmo. Z racji, że dzień był krótki dostaliśmy pod opiekę miano ,, Tu jest nadzieja”. Aby wykonać to miano mieliśmy za zadanie wypełnić i wysłać wniosek oraz plan pracy, szybko okazało się jednak, że wypełnienie planu pracy przez kursantów nie poszło tak gładko ze względu na niepewność czy coś się nie zmieni. Niestety ostatecznie miana nie udało nam się zdobyć. Mamy natomiast nauczkę, że takie rzeczy pochłaniają mnóstwo czasu i nie można odkładać tego na ostatnią chwilę

Pełen obraz ,,MINI- OBOZU WĘDROWNEGO”

Monika Ogrodnik: Warto pokazać jaką niesamowitą rzecz udało nam się dokonać. Podczas niecałych 3 miesięcy udało nam się zaplanować mini- obóz dla 26 osób. Odwiedziliśmy 2 kraje, przebyliśmy 1500 km, najróżniejszymi środkami transportu w tym samolotem, autobusami, pociągami, autostopem, na piechotę a nawet niektórzy rowerami. Spotkaliśmy się z skautami z Dani i Szwecji, jedliśmy z nimi wspólnie posiłki, powymienialiśmy się doświadczeniem oraz plakietkami. My wręczaliśmy upominki, które dostaliśmy z biura 26. World Scout Jamboree, a skauci wręczali nam swoje miejscowe plakietki

Jak to nie wszyscy ukończyli kurs?

Monika Ogrodnik: Największym szokiem dla nas był moment odczytania rozkazu na lotnisku w Gdańsku po powrocie z Danii. Oczywiste było usłyszenie, że niektórzy zdobyli naramiennik, ale usłyszenie fragmentu z osobami, które uczestniczyły, ale nie ukończyły kursu było tak szokujące, że patrzyliśmy po sobie w niedowierzaniu. Okazało się, że nie wszyscy zdążyli na czas wysłać zadania między złazowe czy z przyczyn prywatnych nie mogli uczestniczyć w III złazie. Skutkowało to nie ukończeniem kursu. I co teraz z tymi osobami? Tak naprawdę doświadczenia im nikt nie zabierze, więc i tak wychodzą z tego kursu wygrani.

 

 

Przeczytaj też:

Ewa Sobieniak - Hufiec ZHP Gdańsk-Śródmieście

Anna (Hela) Machola - Hufiec Kartuzy

Artur Tomaszczuk - Hufiec Warszawa-Ursus-Włochy

Konrad Skurpel - Hufiec Łask

Monika Ogrodnik - Hufiec Iława