Po zjeździe ZHP

Maciej Kowalewski / 19.05.2026

Jak wygląda najważniejsze wydarzenie w naszej organizacji z perspektywy wędrownika i drużynowego? Chciałbym o tym trochę opowiedzieć w poniższym artykule.

Zaczęło się od coli, chipsów i live

Pierwsza myśli pojawiła się podczas śledzenia obrad styczniowego zjazdu nadzwyczajnego. Oglądając transmisje i komentując ją z moją znajomą (pozdrawiam cię Zuzia) w pewnym momencie rzuciłem luźną rozkminą “hmmm, a gdyby pojechać na zjazd? Dużo tam gadają, a ja też lubię dużo gadać.”  i wtedy padły słowa, które każdy z nas kiedyś słyszał, a po których każdy dostaje +100 do odwagi “nie masz psychy”. Tak rozpoczęły się myśli o kandydowaniu na delegata. Sprawdziłem terminy zjazdu, szczegóły dotyczące mojego rejonu i po tym doszedłem do wniosku, że przecież to nie dla mnie. Na zjeździe są sami harcmistrzowie i podharcmistrzowie, ludzie z głównej kwatery i komend chorągwi którzy siedzą na tym szczeblu dłużej niż ja jestem w harcerstwie. Doświadczeni metodycy, kształceniowy i wyższe “harc-sfery”, które z pewnością znają lepiej ZHP niż ja. Myśl schowałem gdzieś do mojej “szuflady na różne pomysły” i zająłem się swoimi sprawami. Tydzień przed zbiórką rejonu w mojej chorągwi odbywał się weekend kształceniowy na którym prowadziłem zajęcia. W trakcie tego wydarzenia dołączył do nas mój znajomy z kursu phm., ale również jeden z aktywnych akademików (pozdrawiam cię Piotrek) który wspominał, że właśnie wrócił ze zbiórki swojego rejonu i został delegatem. Początkowo spytałem, czy żartuje jednak on z pełną powagi miną odpowiedział, że nie, i wtedy doszedłem do wniosku, że skoro on może zostać delegatem to i ja mogę!

O tym co w zjeździe najcięższe

Zacząłem od spotkania z moją rejonową współdelegatką, gdzie ustaliliśmy naszą współpracę dotyczącą konsultowania opinii naszych środowisk.  Po zapoznaniu się z pierwszymi dokumentami zjazdowymi, wypełnieniu kilku ankiet i radochy z tego, że moje imię i nazwisko wyświetlają się na sharepoincie zjazdu, pojawił się pierwszy intensywny moment. Siedziałem sobie na zajęciach, aż nagle na mojego maila, na kilka godzin przed końcem terminu na składanie zjazdowych uchwał, w ciągu kilku minut wpadło 5 projektów z prośbą o zapoznanie się, zwrócenie uwag i podpisanie się pod nią jako wnioskodawca. Ja jako świeży delegat chciałem zaangażować się w to jak potrafię więc wszytko co robiłem w tym momencie przeszło na bok, bo przecież ważni ludzie z wyższych harc-sfer czegoś ode mnie oczekują. Zacząłem więc wnikliwie analizować uchwały, które do mnie trafiły, zadałem parę pytań konsultowałem niektóre ze swoim środowiskiem. Finalnie zdążyłem zapoznać się z 4 z nich. Sam myślałem, że to dużo. Jakie było moje zdziwienie, kiedy następnego dnia udostępniono nam wszystkie uchwały których łącznie było ponad 40. Oczywiście przeczytałem wszystkie, żeby przynajmniej wiedzieć nad czym będziemy na zjeździe pracować. Do tego było trzeba dodać zbiórki online delegatów, spotkania z kandydatami na przewodniczących i naczelników, debaty na z24, sprawozdania Rady Naczelnej, Centralnej Komisji Rewizyjnej, Naczelnego Sądu Harcerskiego, pra wybory do RN w chorągwi, spotkanie i dyskusje mazo – delegatów, przekazywanie informacji dla mojego rejonu, zbiórka rejonu, a do tego wcześniej planowane wyjazdy, realizacja próby phm., studia, obowiązki drużynowego, ćwiczenia na saksofonie czy po prostu jazda na rolkach. I przyznam, że mimo tego, że udało mi się jakoś to wszystko pogodzić (i nawet spotkać się ze znajomymi!)  to nie przygotowałem się tak jak to sobie pierwotnie zaplanowałem. Bo chociaż uchwały przeczytałem wszystkie, a także byłem lub odsłuchałem każde spotkanie online to na sprawozdania zabrakło czasu. Jednak uznałem, że co nie doczytam to usłyszę podczas prezentacji sprawozdań na zjeździe lub podczas różnych dyskusji. No więc dzień przed zjazdem napisałem do kilku znajomych działających na poziomie GK, rozwiałem ostatnie wątpliwości, ułożyłem w głowie w którym momencie chciałbym zabrać głos, poszedłem do fryzjera, wyprasowałem mundur, spakowałem się i ruszyłem do Warszawy.

44 zjazd ZHP

Na salę obrad trafiłem jako jeden z pierwszych delegatów. Od razu moją uwagę zwróciło przygotowanie miejsca obrad, a raczej profesjonalizm z jakim tego dokonano. Odebrałem tablet do głosowania, przyjechała reszta delegatów, a my naszą mazo-delegacją siedzieliśmy w drugim rzędzie zaraz przy mikrofonie dla mówców.

Pierwszego dnia zjazdu odbył się mój debiut jako mówcy. I przyznam, że nigdy nie zabierałem głosu na zjeździe, nawet w hufcu, więc serce waliło jak szalone. Stanąłem przed mikrofonem, przedstawiłem się, powiedziałem co uważam na temat dyskutowanej właśnie uchwały. Dotyczyła ogólnozwiązkowej dyskusji o prawie harcerskim i prawie zucha. Starając się spojrzeć na to z mojej perspektywy drużynowego zwróciłem uwagę, że powinniśmy rozmawiać na ten temat i dopasowywać nasze prawo do zmieniającego się świata. Jednak z racji, że w naszej organizacji zaszło w ostatnim czasie wiele zmian i powoli ciężko za nimi nadążyć, powinniśmy najpierw ugruntować wszystkie nowości, a dyskusje rozpocząć w przyszłości. Kolejną uwagą było zbliżające się Jamboree. Obawiam się, że ten temat może szybko zacząć rodzić konflikty, a tego przed Jamboree nam nie potrzeba. Po moim przemówieniu na sali rozległy się brawa. Przyznam szczerze, że w życiu bym nie pomyślał, że kiedykolwiek dostane owacje od zjazdu za swoją wypowiedź a szczególne w mojej pierwszej dyskusji. W końcu w dyskusji z tymi wszystkimi ludźmi z wyższych “harc-sfer”. Z pewnością ten moment zapadnie mi w pamięci.

Następne doby były bardzo intensywnym okresem. Obrady od 9:00 do 23:00, a nawet 24:00 powodowały, że mózg w pewnych momentach się wyłączał, do tego bardzo szybkie tempo prac. Dowiedziałem się jak wygląda praca wolontariuszy, dyskutowałem na ważne tematy i mniej ważne tematy. W momencie, kiedy czegoś nie wiedziałem po prostu pytałem i zawsze otrzymałem odpowiedź. W żadnym momencie nie odczułem tego, że ktoś nie bierze mnie na poważnie, nie ważne czy był komendantem chorągwi, byłym skarbnikiem ZHP, czy drużynowym i moim rówieśnikiem.

Mimo całej otoczki zjazdu, powodowanej wszystkim co towarzyszyło kandydatom do władz, ale również tym co słyszałem w kuluarach uważam, że nie zabrakło tu harcerskiego ducha, a na pewno rozwiałem myśl, że zjazd to miejsce dla samych ważnych instruktorów z medalami. Zjazd to miejsce dla wszystkich instruktorów od pwd. po hm. od zielonego do skórzanego sznura. Oczywiście te 4 dni to nie były tylko dyskusje, jesteśmy przecież harcerzami. To również wspólne zdjęcia, masa śmiechu, a nawet śpiewanki. Ktoś miał ze sobą małą gitarę więc w przerwach między obradami można było usłyszeć ogniskowe hity. Zjazd to również tona ciasteczek i owoców, sam mianowałem się zaopatrzeniowcem naszej delegacji i donosiłem mandarynki, jabłka czy ciasteczka. Jednak najważniejszym momentem, który zapadnie mi w pamięci na będzie chwila oddania głosu na przyszłego naczelnika lub naczelniczkę. I o ile klikanie za czy przeciw wnioskom formalnym czy uchwałom nie powodowały większych emocji to, gdy przyszedł czas na najważniejszy sznur serce nagle zaczęło walić, a ręka nabrała parę kilogramów, zdecydowanie było czuć ważność chwili.

Po zjazdowe przemyślenia

Przed zjazdem bałem się, że po zakończeniu obrad będę zastanawiał się nad swoją obecnością w ZHP. To przecież zjazd ZHP i zdecydowanie nie zabrakło tu harcerstwa. 5.05 minęły 2 lata od momentu mojego zobowiązania, w pierwszą rocznice otwierałem phm w drugą wybierałem władze ZHP, fajnie spojrzeć wstecz i widzieć swój rozwój. Jednak nie kończę tego side questa tylko z pozytywnymi myślami. Przykro mi się patrzyło na zaangażowanie innych młodych instruktorów, a raczej jego brak. Gdy pytałem, czy wybierają się na zbiórkę wyborczą usłyszałem, że niektórzy szukają wymówki, którą wcisną komendantce, żeby się nie pojawić. W ankietach o terminie zbiórki rejonu były głosy o tym, że zjazd kogoś nie interesuje. I rozumiem, że będąc przybocznym czy drużynowym daleko nam do tego co się dzieje na K6. Jednak myślę, że nasza organizacja chce wychować świadomych ludzi, a skoro przykład idzie z góry to instruktorowi po prostu nie wypada nie interesować się nawet w najmniejszym stopniu najważniejszym wydarzeniem w organizacji, w której zapewne jest większość swojego życia. Problem ten może mieć różne powody. Wydaje mi się, że drużynowi skupiając się na pracy w jednostkach nie myślą o związku w szerszym kontekście. Być może też szczytem struktury dla drużynowych może być to co widzą na co dzień czyli po prostu hufiec.  Zjazd ZHP to z pewnością nie byle wydarzenie. Mimo swojej powagi głos może zabrać tutaj każdy instruktor. I chociaż delegatem może zostać tylko ponad 200 instruktorów to wędrowniku pamiętaj, że Twój głos może być słyszany na każdym szczeblu naszej organizacji. Nie bój się zabierać go w momencie, kiedy chcesz coś powiedzieć. No bo skoro ja od jedzenia chipsów i picia coli trafiłem na 44 zjazd ZHP, to dlaczego ty masz nie móc się wypowiedzieć na radzie drużyny, zbiórce komendy szczepu, odprawie hufca czy pojechać na zjazd chorągwi?

Przeczytaj też:

Maciej Kowalewski - przewodnik, od 2 miesięcy drużynowy drużyny wędrowniczej, wcześniej 2,5 roku drużynowy drużyny wielopoziomowej w środowisku wiejskim, student II roku zarządzania publicznego, świeżo upieczony instruktor jazdy na rolkach, stawiający pierwsze kroki saksofonista, delegat na 44 zjazd ZHP.