„Podróże zostawiają we mnie ślad” [WYWIAD]

Wyjdź w Świat / Agnieszka Powierska / 11.10.2015

Julita Chudko – nagradzana fotografka, której pasją są góry i podróże. Jak pisze na swej stronie na Facebooku (Trekking and climbing photography by Julita Chudko), odwiedziła większość krajów Europy, zajrzała też do Azji i Afryki. Jest przykładem na to, że zachwyt pięknem natury i wędrowanie po szczytach mogą poważnie wpłynąć na życiowe plany. Dla „Na Tropie” opowiada o początkach fotograficznej pasji, o swoich odkryciach i doświadczeniach.

portret

Od czego zaczęła się Pani pasja? Co było pierwsze: podróżowanie czy fotografia?

– Zdecydowanie zaczęło się od podróży – fotografię odkryłam dosyć niedawno. Wcześniej w ogóle się nią nie interesowałam. Wiadomo – jak każdy miałam jakiś aparat kompaktowy, cykałam pamiątkowe zdjęcia, ale nie wiedziałam wtedy, że w ogóle potrafię to dobrze robić, zresztą nie interesowałam się tym szczególnie.

Czy jakaś podróż zadecydowała o narodzinach Pani pasji?

– Odkryłam fotografię w czasie swoich samotnych wyjazdów w Tatry. Miałam taki okres kilka lat temu. Jakieś pięć czy sześć lat temu pierwszy raz pojechałam w Tatry sama. Wiadomo, zawsze są jakieś problemy z tym, by zebrać ekipę. Wcześniej, mimo że bardzo lubiłam góry, moje wyjazdy w Tatry nie były zbyt częste ze względu na problemy logistyczne – mieszkałam wtedy dość daleko – w Opolu.

Po jakimś czasie moi bliscy trochę znużyli się tymi krajobrazami. To sprowokowało mnie do tego, bym bardziej starała się, robiąc zdjęcia

Ale w końcu zdecydowałam się pojechać sama. I spodobało mi się to samotne łażenie. Tak się też złożyło, że w tym czasie dostałam stary aparat, Minoltę, i dlatego też, chodząc po górach, robiłam zdjęcia. Przez kolejne dwa lata każdy urlop spędzałam w Tatrach. Samotnie – więc nie idąc na kompromisy; mogłam się po prostu wstrzelić w pogodę. Za każdym razem, gdy wracałam, przywoziłam zdjęcia z wyjazdów – chciałam pokazać widoki moim znajomym i rodzinie. Oczywiście na początku wszyscy byli zachwyceni tymi obrazkami – jeździłam jesienią i wiosną, a w górach jest pięknie wtedy. Jednak po jakimś czasie moi bliscy trochę znużyli się oglądanymi krajobrazami. To sprowokowało mnie do tego, bym bardziej starała się robiąc zdjęcia. Z wyjazdu na wyjazd coraz bardziej się przykładałam, a że jeździłam sama, miałam na to dużo czasu, nikt mnie nie poganiał, nie pośpieszał, więc bawiłam się tym moim małym aparatem… Całkiem szybko duże grono moich znajomych zaczęło komentować moje zdjęcia, mówiąc, że zrobiłam duże postępy. No i tak to poszło.  Potem zajęłam się nie tylko fotografią górską, ale też innymi dziedzinami fotografii. Robiłam zdjęcia gdzie tylko mogłam, „biegałam” cały czas z aparatem i ze zdziwieniem odkryłam, że mnie to tak niesamowicie kręci!

Kiedy ktoś mnie pyta o sprzęt – mówię zawsze, że to nie ma aż takiego znaczenia. Szczególnie na etapie początkowym

Zaczęło się zatem od aparatów kompaktowych – choć teraz oczywiście mam już lustrzankę – i to w dużej mierze pożyczonych. Więc kiedy ktoś mnie pyta o sprzęt, mówię zawsze, że to nie ma aż takiego znaczenia. Szczególnie na etapie początkowym.

Woli więc Pani podróżować w samotności niż w towarzystwie?

– Gdybym była milionerką i mogła sobie pozwolić na to, żeby podróżować sama, gdziekolwiek sobie wymyślę – to byłaby idealna sytuacja – dla fotografa optymalne jest, jeżeli nikt go nie pośpiesza. Nawet jeśli ktoś mnie nie popędza dosłownie, to ja czuję, że jeśli jestem gdzieś z kimś, to jestem zobowiązana, żeby trzymać się ustalonego grafiku. Muszę iść, nie mam takiej elastyczności decydowania o tym, że na przykład zostanę na zachód słońca czy posiedzę sobie gdzieś do 23.00. Tak może być tylko, gdy jestem sama. Wiadomo, że jak jedziemy z kimś na wyjazd, to już musimy się dopasować do tej osoby. Jeśli miałabym wybór, to na pewno chciałabym częściej jeździć sama, by robić zdjęcia krajobrazowe. Jednak w dużej mierze interesuje mnie również fotografia ludzi w górach – i pod tym względem towarzystwo się przydaje.

Często po prostu trzeba iść na kompromis. Czasami decydują kwestie finansowe. Ale czasem chodzi też o bezpieczeństwo. Szczególnie, kiedy jadę w Alpy, gdzie trzeba mieć ekipę, iść z liną, trafia się na bardzo niebezpieczne miejsca. Tak samo, gdy jadę na wspinaczkę, muszę być z partnerem. Osoby z którymi wyjeżdżam wiedzą, że wciąż zostaję gdzieś z tyłu z aparatem. Dlatego, jeśli jest to możliwe, rozdzielamy się, idziemy w dużych odstępach i spotykamy się w miejscu docelowym – dla mnie to jest optymalne, a oni nie muszą na mnie aż tak bardzo czekać w momencie, kiedy coś mnie zainteresuje.

1

Czy nosi Pani ze sobą dużo sprzętu? Czy jest to sporym utrudnieniem, ograniczeniem? Mówiła Pani, że zaczęła Pani od jednego aparatu, a teraz…?

– Rzeczywiście, początki wspominam z łezką w oku, kiedy sprzęt był lżejszy i mniejszy. Nie był też taki wartościowy, dlatego też nie musiałam aż tak bardzo uważać. Natomiast obecnie mam ciężki sprzęt, mimo że w góry zabieram tylko jedno body [korpus aparatu, bez obiektywu – przyp. red.]], obiektyw szerokokątny i  teleobiektyw. Jeśli idę na bardziej wymagające wycieczki czy wspinanie, to zabieram tylko i wyłącznie body i krótki obiektyw, ale to i tak trochę waży. Dlatego czasem nawet rezygnuję z takiego aparatu i biorę mały aparat kompaktowy lub lekką zastępczą lustrzankę Pentaxa, szczególnie w sytuacji, gdy idziemy się wspinać na trudniejszej drodze. Kiedy fotografuję sport – a bardzo lubię to robić – i muszę się szybko przemieszczać (np. gdy fotografuję zawody biegowe w górach), mój ciężki aparat bywa naprawdę uciążliwy. Z drugiej strony jestem przyzwyczajona do tego, że w góry chodzi się raczej z cięższym plecakiem niż z lżejszym.

Czego Pani poszukuje, podróżując?

Z czasem przekonałam się, że tym, co tak naprawdę najbardziej mnie interesuje, są wyjazdy na łono przyrody, w miejsca, w których jest się z dala od ludzi

– Na początku kiedy podróżowałam, najbardziej mnie interesowały miasta i ośrodki cywilizacyjne, bo studiowałam historię. W tych czasach trochę się włóczyłam po Europie i zwiedzałam ją pod kątem historycznym. Jednak z czasem przekonałam się, że tym, co tak naprawdę najbardziej mnie interesuje, są wyjazdy na łono przyrody, w miejsca, w których jest się z dala od ludzi – właśnie w góry przede wszystkim. Szukam ciszy i pięknych widoków.

Czy fascynacja naturą przeważa teraz nad zainteresowaniem kulturą?

– Ludzie też mnie interesują. Lubię fotografię reportażową. Jeżeli jeżdżę w jakieś odmienne kulturowo miejsce, to mogę biegać z aparatem i robić milion zdjęć, bo wszystko jest inne i wszystko mnie interesuje.

Jednak w związku z tym, że ostatnio jeżdżę przede wszystkim w góry, takich zdjęć mam ostatnimi czasy mniej. Ale lubię też robić zdjęcia ludziom w górach i są oni na wielu moich fotografiach. Robię zdjęcia wspinaczom (bo sama też się wspinam) i w ogóle sportowcom. Interesuje mnie człowiek jako maleńka istotka w tych ogromnych górach – człowiek jest niesamowicie symboliczny w takim krajobrazie.

2

Czy to jest właśnie sposób, w jaki postrzega Pani człowieka wobec gór – kontrast małych sylwetek wobec masy skał?

– Moja przyjaciółka stwierdziła kiedyś, że patrząc na moje zdjęcia wspinaczy, widzi mężczyzn obwieszonych linami, wyglądających niemal jak herosi, że zdjęcia te mówią jej o sile człowieka w górach. Bardzo się zdziwiłam, bo ja tak wcale nie uważam. Ja się bardzo gór boję – im jestem starsza, tym lęk ten wzrasta, bo znam coraz więcej zagrożeń, wiem, jak łatwo jest stracić życie w górach. Fascynuje mnie kontrast pomiędzy małym człowiekiem a olbrzymimi górami i fakt, że mimo wszystko ten mały człowiek w tych wielkich, strasznych górach jest sobie w stanie pozwolić często na bardzo dużo. Nie jest natomiast tak, że ja ślepo popieram to, że ludzie włażą właściwie na każdy szczyt. Nie uważam, że są oni tacy bohaterscy, tacy wspaniali, bo za wszelką cenę, niezależnie od tego, czy się mogą zabić, czy nie, wchodzą na szczyty. To nie jest tak – od dawna pojawiają się pytania o sens chodzenia w góry, ja też je sobie stawiam.

A jakie stawia sobie Pani przed sobą cele, jeśli chodzi o fotografię w podróży?

– Nie powiedziałabym, że mam jakieś szczególnie skonkretyzowane cele w podróży. Jadę gdzieś i chcę po prostu zrobić kilka zdjęć, by pokazać innym, jak dane miejsce wyglądało albo jak ja je widziałam. Wiadomo, że każdy fotograf ma nadzieję na piękny zachód czy wschód słońca albo tęczę; liczy, że będą super warunki fotograficzne i dzięki temu zdjęcia wyjdą jeszcze ciekawiej. Jednak w górach nigdy nie można być pewnym pogody, więc zazwyczaj jestem zadowolona, jak uda mi się po prostu zrobić kilka dobrych zdjęć. Natomiast mam wiele celów jeśli chodzi o fotografię w ogóle. Chciałabym by moje zdjęcia były lepsze, dlatego wciąż się uczę fotografii i wiele nauki jeszcze przede mną.

Jak planuje Pani podróże? Ma Pani jakieś podróżnicze marzenia?

– Jest masa miejsc, do których chciałabym pojechać, a jak dłużej nie wyjeżdżam, to niemal mnie fizycznie roznosi. Myślę głównie o rejonach górskich i to raczej w klimatach chłodniejszych, bo nie przepadam za upałami (dlatego też tak trudno mi się wybrać do Indii czy Nepalu). Mój ostatni wyjazd – w lipcu – do Norwegii, był udany pod tym względem. A także pod kątem miejsc do wspinaczki – mój mąż bardziej zainteresowany jest wyjazdami w skały, bo to on obecnie, bardziej niż ja, związany jest ze wspinaczką. Ja wolę się po górach po prostu poszwendać. Więc planowanie podróży często oznacza kompromisy, także te wynikające z kwestii finansowych.

Czy podróże po Polsce mogą być tak ciekawe, jak te zagraniczne?

– Jeśli chodzi o fotografię, mówi się, że jeśli fotograf nie potrafi zrobić ciekawego zdjęcia koło własnego domu, na własnym podwórku, to znaczy, że zwyczajnie nie umie robić zdjęć.

Uważam, że Polska jest bardzo pięknym krajem i jest tutaj całe mnóstwo niesamowitych miejsc

Nie musimy jeździć do Indii czy w jakieś inne egzotyczne miejsca! Wiadomo, że gdy jesteśmy gdzieś daleko i mamy kontakt z inną kulturą, to o wiele łatwiej się robi zdjęcia, bo tematów jest masa – wszystko jest ciekawe, odmienne, aż się chce z tym aparatem biegać. Ale ja uważam, że Polska jest bardzo pięknym krajem i tutaj też jest całe mnóstwo niesamowitych miejsc. Bardzo lubię jeździć po Polsce.

Pochodzę z Bieszczad i uważam, że jeśli chodzi o jesień w górach, to są tam przepiękne i bardzo ciekawe miejsca. Wszystko zleży od tego, czy umiemy sobie poszukać interesujących  miejsc. Czy potrafimy spojrzeć na nasz kraj tak, żeby wydał on nam się ciekawy; porzucić znudzone spojrzenie: „Już to widziałem tyle razy!”. Chociaż już dużo podróżowałam w różne miejsca, chodzenie po polskich górach sprawia mi ogromną przyjemność. Czasem nadal potrafię się tam bardzo wzruszyć.

Mam taki mały podwodny aparat  kompaktowy. Gdy nie mam możliwości zanurkować, robię nim zdjęcia, zanurzając pod wodę jedynie dłoń z aparatem. Kiedyś zaczęłam się w ten sposób bawić robiąc zdjęcia w stawach Hali Gąsienicowej w Tatrach, gdzie często jest dużo ludzi. Gdy wyjęłam rękę spod wody i wyciągnęłam aparat, zobaczyłam na wyświetlaczu coś niezwykłego! Poczułam się tak, jakbym była na innej planecie, bo widok pod taflą wody jest zupełnie inny… I to jest fantastyczne w fotografii, że umożliwia mi zobaczenie miejsc, w których byłam wiele razy z zupełnie innej perspektywy. Uwielbiam to „WOW”, które wydaję z siebie, gdy czasem oglądam zdjęcia, świeżo po zrzuceniu je do komputera. Tak, jakby   zdjęcie było zaskoczeniem dla mnie samej. Daje mi to dużo frajdy i powoduje, że może mnie zadziwić zdjęcie, które zrobiłam  nawet tuż obok domu. Trzeba jedynie patrzeć i widzieć.

4

Czy jest Pani szczególnie dumna z którejś podróży?

Są takie podróże, które zostawiają we mnie największy ślad i wspominam je częściej niż inne wyjazdy

– Słowo „dumna” mi tu nie pasuje… Powiedziałabym raczej, że są takie podróże, które zostawiają we mnie największy ślad i wspominam je częściej niż inne wyjazdy, są one dla mnie bardziej wartościowe. Są to te podróże, które wiązały się z wysiłkiem fizycznym – przede wszystkim zimowe wyjazdy w Alpy albo w ogóle takie wyjścia w góry, które naprawdę dają człowiekowi w kość i w momencie, gdy z nich powracam, to jestem… jak zombie!

Jest to bardzo często walka, szczególnie te wyjścia z dużym plecakiem, kiedy się chodzi po śniegu i idzie się kilka dni. Tak jest właśnie w Alpach. Często jest kiepska pogoda, jest zimo, śpi się w namiocie, ma się mokre buty, żeby zjeść coś ciepłego trzeba najpierw stopić śnieg nad palnikiem,  no i trzeba się wspinać, asekurować partnera, myśleć o  potrzebnym sprzęcie…  Zazwyczaj zdjęcia robię w takich warunkach w grubych rękawicach narciarskich  i po takiej podróży jestem zadowolona, że udało mi się w ogóle zrobić jakieś zdjęcia. Kiedy wracam z takiej podróży, w czasie której myślę czasem: co ja tu w ogóle robię, i że nigdy więcej, cieszę się, że w ogóle udało mi się zejść w bez szwanku. Jak się jest w górach, szczególnie zimą, to nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. A te widoki i krajobrazy, które się widziało są jakby bonusem. I to smakuje najbardziej: że się udało, że z tym ciężkim plecakiem człowiek wszedł i że udało się bezpiecznie zejść, wrócić do ciepłego domu i docenić zwykłe codzienne życie jeszcze bardziej.

Czy jakieś miejsce czy sytuacja zrobiły na Pani szczególne wrażenie?

– To się ciągle zmienia. Największe wrażenie robi na mnie oczywiście natura. Kiedy znałam tylko Bieszczady i pojechałam pierwszy raz w Tatry – zrobiły one na mnie wielkie wrażenie. Później, gdy pojechałam w Alpy – one zrobiły na mnie wrażenie gigantyczne! Kolejne nowe miejsca, nowe góry, majestatyczne widoki, które zachwycają niezależnie od tego, czy jest się wielbicielem gór czy też nie – robią na mnie niesamowite wrażenie.

Muszę przyznać, że mój ostatni wyjazd do Norwegii obfitował w takie zachwyty i był dla mnie niesamowicie atrakcyjny, ponieważ miejsca, które widziałam, były niezwykłe, były inne. Okazało się, że norweskie góry są bardzo odmienne niż polskie, niż Alpy, niż góry na Bałkanach czy w Maroku… W związku z tym, że trwał dzień polarny, miałam okazję doświadczyć rzeczy, których do tej pory nie znałam, na przykład różne zjawiska świetlne, takie jak tęcza… o północy. Ale muszę przyznać, że góry robią na mnie wrażenie zawsze.

A mogłaby Pani opowiedzieć o największych zaskoczeniach?

Przecież każda podróż przynosi zaskoczenia!

Ostatnio była to Norwegia, ale przecież każda podróż przynosi zaskoczenia. W górach, które są już same w sobie atrakcyjne, dodatkowo występują niezwykłe zjawiska np. mgły, przewalające się wokół szczytów chmury, tęcze itp. Można też spotkać dzikie zwierzęta, na przykład kozice. W górach takich momentów, że człowiek staje jak wryty i szczęka mu opada, trochę się zdarza.

3

Co prawda, im dłużej chodzę po górach, tym bardziej gruboskórna się staję. Pamiętam, że początkowo chodziłam po nowych dla mnie szlakach w Tatrach, to łzy wzruszenia leciały mi niemal ciurkiem – wszystko wokół było dla mnie tak niesamowicie piękne. Teraz już tak łatwo się nie wzruszam, ale i tak sporo jest momentów, kiedy staję jak wryta i nawet odkładam na chwilę aparat, aby tylko popatrzeć. Kiedyś byłam na Kasprowym Wierchu i akurat zdarzył się bardzo spektakularny wiatr halny, który przewalał przez Czerwone Wierchy wał chmur i to w momencie, kiedy zbliżał się zachód słońca. Wszystko stało się pomarańczowe, chmury przepływały jakby w zwolnionym tempie. Siedziałam tam naprawdę przez kilka godzin, zafascynowana oglądanym spektaklem, i to było dla mnie niewiarygodne! Ale tak jak mówiłam, zaskakujący jest dla mnie też ten moment, kiedy wkładam aparat pod wodę i wyjmuję go, i widzę że świat podwodny jest niewiarygodnie różny od tego, co jest nad taflą wody. Muszę przyznać, że w górach zaskoczeń doznaję sporo.

A na czym polega bycie fotografem i podróżnikiem po powrocie do domu?

– Organizuję trochę wystaw i eksponuję swoje zdjęcia. W tym roku miałam chyba największą  swoją wystawę do tej pory – w maju, Warszawie, w Centrum Olimpijskim, przy okazji Przeglądu Filmów Alpinistycznych im. Wandy Rutkiewicz. Byłam zadowolona, że udało mi się tam wystawić swoje zdjęcia. Muszę jednak przyznać, że przygotowania do wystaw są naprawdę bardzo zajmujące i czasochłonne. Dlatego najłatwiej jest mi dzielić się  fotografiami na Facebooku. Umieszczanie zdjęć na fanpageu motywuje mnie, aby wracać do starszych fotografii – robię ich tyle, że zdarza się, że miesiącami nie mam czasu, aby się nimi zająć. Prowadzenie strony, gdzie mam sporo sympatyków, jest bardzo miłe. Lubię się też dzielić doświadczeniami w rozmowie. Ostatnio miałam okazję prowadzić warsztaty z fotografii górskiej, będę robiła je też jesienią. Bardzo cenne jest dla mnie to, kiedy mogę innym coś powiedzieć na temat fotografii górskiej.

Czy miała Pani kiedyś styczność z harcerstwem?

– Nie, nie należałam do harcerstwa, bo w mojej miejscowości nie działała żadna drużyna. Przez chwilę byłam w gromadzie zuchowej, ale to bardzo dawne czasy… Mam natomiast bardzo zaangażowanych harcerzy w rodzinie i wśród znajomych. Harcerstwo kojarzy mi się pozytywnie.

Czy ma Pani jakieś wskazówki dla początkujących podróżników?

– Trzeba jeździć, jeździć i jeszcze raz jeździć!

Wielu osobom wydaje się, że problemem może być chodzenie po górach w pojedynkę. Dlatego często znajdują sobie wymówkę: „Pojechałbym w góry, ale nie mam z kim”. Polecałabym jednak przełamać się i samemu jeździć na takie wyjazdy. W górach akurat bardzo łatwo poznać nowych znajomych. Na przykład można spotkać ludzi w schronisku i potem właśnie z nimi chodzić po górach. Zresztą, teraz jest przecież tyle portali podróżniczych, gdzie można się z kimś umówić na wyjazd, że nie stanowi to takiego problemu jak kiedyś, gdy ta bariera była większa.

Przełamać się, z kimś się umówić, gdzieś pojechać. Wtedy świat zaczyna się kurczyć i orientujemy się, że jednak nie jest to takie skomplikowane i trudne, jak by się mogło wydawać

Kiedy ja zaczynałam podróżować, problemem były dla mnie finanse. Moje pierwsze wyjazdy w dużej mierze były niskobudżetowe – takie, gdzie spało się gdzieś tam pod gołym niebem, jeździło się z namiotem, z własnym jedzeniem, żeby nie wydawać później pieniędzy. Z tych samych powodów bardzo dużo jeździłam na stopa. Uważam, że jest to bardzo dobry sposób na wyjazd. Przełamać się, z kimś się umówić, gdzieś pojechać – chociażby popodróżować po Polsce. Wtedy świat zaczyna się kurczyć i orientujemy się, że jednak nie jest to takie skomplikowane i trudne, jak by się mogło wydawać. Bo przecież skoro na stopa dojechałam do Warszawy, to w sumie do Pragi też dojadę, więc nie jest to takie skomplikowane, prawda?

Trzeba szukać innych ludzi i starać się gdzieś jeździć, szukając metod dla siebie osiągalnych. I nie mówić że się nie da. Że nie podróżuję, bo nie mam pieniędzy. Przecież to nie jest żadne wytłumaczenie!

Więcej o Julicie Chudko:

Rozmawiała Agnieszka Powierska

Agnieszka Powierska - oddana metodyce wędrowniczej instruktorka wywodząca się z Poznańskiej Czarnej Trzynastki i Hufca Poznań Siódemka; redaktorka działu „Wyjdź w Świat”, która ucieszy się z każdej relacji z podróży wysłanej przez Czytelników na adres natropie@zhp.pl.