Lądowa drużyna dostaje jacht balastowy

Wyjdź w Świat / Dawid Zdrojewski / 22.03.2026

Najpierw dla mnie była drużyna żeglarska. Taka „prawdziwa”: zbiórki z żeglarstwa, liny w rękach, opowieści kadry, która umiała żeglować i potrafiła tym zarazić.

Od zucha patrzyłem z podziwem na nich jak na ludzi z innego świata i jednocześnie trochę się bałem. Miałem wrażenie, że sternik to wszystko ogarnia mówiąc dziwne hasła a jacht płynie do celu.

A potem życie zrobiło zwrot, który zna wielu z nas: drużyna się rozpadła. Nagle nie było wodnej drużyny. Zamiast tego wylądowałem w drużynie harcerskiej niespecjalnościowej. Szaro-zielone mundury, lądowe klimaty, normalne zbiórki i biwaki.

I tak zostałem granatowym rodzynkiem w szaro-zielonym cieście. Obecna drużynowa lubiła żeglarstwo, dlatego pozwoliła na wyjątek, w którym zostałem w żeglarskim mundurze. Po czasie z sznurem przybocznego na szyi i z tym cichym pytaniem w środku: czy żagle da się w ogóle wpleść w drużynę, która nie jest „wodna z nazwy”?

Dwa tygodnie, które robią różnicę

Nasza organizacja zachęca do stawiania sobie wyzwań. W pewnym momencie przestało mi wystarczać lubię – chciałem umieć. I tu wraca ten strach z dzieciństwa: że mnie to przeraża, że to nie dla mnie, że nie ogarnę. 

Wybrałem się więc na dwutygodniowy kurs na patent żeglarza jachtowego. Z przyjacielem, nie jechałem sam. Mieliśmy tę samą mieszaninę ekscytacji i stresu, i to niesamowicie pomagało, bo w żeglarstwie szybciej niż gdzie indziej wychodzi, że nie chodzi o bohaterstwo, tylko o zespół.

Te dwa tygodnie nie zrobiły ze mnie wilka morskiego. Zrobiły coś ważniejszego: dały mi poczucie, że mogę. Że strach nie musi wygrywać. Jak 100 razy wykonasz zwrot przez sztag to we śnie będziesz wiedział, że zaczyna i kończy się w bejdewindzie. Że to, co podziwiałem od zucha, nie jest czarną magią, że można się tego nauczyć. Późniejszy kurs Instruktora Sportów Wodnych w dyscyplinie Żeglarstwo był już dla mnie czystą przyjemnością.

Kiedy zostałem drużynowym, wydarzyła się rzecz symboliczna: zmieniłem mundur na lądowy. Stałem się odpowiedzialny za całe środowisko – za ludzi, program, bezpieczeństwo, sens. Lider takiego zespołu powinien się z nim w stu procentach utożsamiać. 

Pierwszy rok był pełen wyzwań. Taki, w którym człowiek wiele razy zastanawia się, czy to w ogóle ma ręce i nogi. Tylko że ja miałem w głowie jedno: Tworzenie „Reaktywacji” z grupą przyjaciół z którymi możemy zrobić wszystko. I tak z czasem rozwijaliśmy drużynę w kierunku wodnym, uczyliśmy harcerzy budowy jachtu, przygotowywaliśmy zarówno siebie wzajemnie jak i naszych podopiecznych do udziału w Spartakiadzie Drużyn Wodnych i Żeglarskich w Chorągwi Gdańskiej. Na obozach organizowaliśmy rejsy. Wciąż rósł nasz apetyt na działania żeglarskie. Z tego procesu urodził się wodny szczep „Reaktywacja”.

Szwecja i pechowy jacht

W 2018 roku kadrą Reaktywacji pojechaliśmy do Szwecji pomóc znajomemu, który kupił jacht i trzeba było go ściągnąć do Polski. Brzmiało jak ciekawa przygoda – i po części było. Tylko że rzeczy rzadko układają się jak w planie.

Nie poszło idealnie. Delikatnie mówiąc.

Jacht, którym mieliśmy płynąć nie był gotowy. Było zmęczenie, presja czasu aby zdążyć przed otwarciem mostu (następne otwarcie było tydzień później) były rzeczy nieprzewidziane, były momenty, kiedy człowiek ma ochotę usiąść na kei i zapytać: Po co nam to było, porzućmy jacht i wróćmy do domu? Bo marzenia o żaglach czasem przychodzą w pakiecie z awariami, z opóźnieniami, z odpowiedzialnością.

I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego nie zaplanowaliśmy w żadnym konspekcie.

W przystani, w której stał ten pechowy jacht, poznaliśmy właściciela – Dicka Larssona, Szweda. Kilka razy poprosiliśmy go o małe pomoce – jakieś narzędzia do naprawy silnika, trochę wrzątku do herbaty (było tuż przed wielkanocą, a w Szwecji spadł śnieg), Właściciel przystani widząc w jak beznadziejnej sytuacji jesteśmy kolejnego popołudnia zaprosił nas do siebie do domu. Abyśmy przespali się w ciepłym, suchym miejscu. Tam wieczorem, podczas rozmowy opowiadaliśmy o tym, jak działamy z naszym środowiskiem żeglarskim. Jak zarażamy młodych harcerzy pasją do żeglarstwa, mówiliśmy o tym, kim jesteśmy. Co robimy. Po co nam harcerstwo, po co nam woda. O tym, że jesteśmy małym środowiskiem, które  składa się z ludzi z marzeniami.

Byliśmy pod wrażeniem gościnności jaką zostaliśmy obdarowani. Przecież, według stereotypów, Szwedzi to są gościnni do progu swojego domu. Chcąc się w jakiś sposób odwdzięczyć, przekazaliśmy mu chustę scoutową naszego środowiska.

Następnego dnia wciąż pracowaliśmy nad silnikiem, abyśmy mogli wypłynąć. W trakcie tych działań Szwed poprosił moją przyjaciółkę Zuzię Roś o to, aby gdzieś z nim pojechała. Pokazał jej stojący pod plandeką jacht.

Uznał, że jesteśmy zaangażowani w wolontariat, mówimy o tym z tak dużą pasją i inspiracją… podaruje nam jacht.

„Hej, jak to – dostaniemy jacht? Jaki jacht – Birdie 24”

Pamiętam to zdanie w głowie dokładnie. Bo mózg szukał haka: gdzie jest haczyk, gdzie jest warunek, gdzie jest drugie dno?

A tu nie było drugiego dna.

Super, dostaliśmy jacht, ale wciąż była misja do wykonania. Byłem kapitanem tej przygody, odpowiedzialnym za cały zespół. Mieliśmy bałtyk do przepłynięcia skorupą z żaglami i silnikiem a nie wyposażonym jachtem, jak planowaliśmy. Pogoda oprócz zimna była odpowiednia – rano w dniu otwarcia mostu silnik ruszył – decyzja płyniemy. Przed nami 4h płynięcia na silniku przez szkiery z miejscowości Norrköping. Mijamy most z oczami szeroko otwartymi przed nadchodzącą przygodą, płyniemy pod lekki wiatr. Nagle silnik zgasł, znów się silnik zapowietrzył, trwają próby ponownego uruchomienia. Pamiętam to jak stałem zmrożony decyzją do podjęcia: zawracamy na żaglach czy jak silnik ruszy to już będzie działał? Wyprzedza nas inny szwedzki jacht – starsze małżeństwo macha do nas liną – proponują że nas wezmą na hol. Tak oto przez pół dnia płynęliśmy holowani w stronę bałtyku. Wieczór nastał nas już przy wyjściu na pełne morze w Arkösund. 

Tam pomimo pięknego wieczoru miałem najtrudniejszą decyzję do podjęcia – płyniemy, czy porzucamy jacht. Po wielu konsultacjach z specjalistami, pomimo sprzyjającej pogody podjąłem decyzję, że zamiast na południe kierujemy się na północ by zostawić jacht niedaleko lotniska i wrócić bezpiecznie samolotem. Chęć przeżycia przygody przegrała z rozsądkiem i odpowiedzialnością za zespół. Tego uczy nas ta organizacja od małego. 

Wracając do Birdie 24 otrzymanego od Szweda.

zdjęcie jachtu na przyczepie

Latem udało się znaleźć korzystny transport ze Szwecji, który przywiózł nam jacht. Nagle marzenie przestało być „kiedyś”. Stało się czymś, co stoi realnie i czeka. Co trzeba ogarnąć, zabezpieczyć, przygotować. Co wymaga pracy, pieniędzy, planu, ludzi. Podarowany nam jacht był po włamaniu, dlatego miał uszkodzonych wiele rzeczy. Silnik był w częściach. Należało się nauczyć, jak opiekować się takim jachtem  aby go bezpiecznie móc zwodować i na nim szkolić żeglarsko.

Po sezonie przygotowań zwodowaliśmy go. Wspaniałe było uczucie popłynąć na jachcie pod żaglami, szczególnie patrząc na to, jak wiele przygotowań było potrzebnych do wodowania go oraz opieką nad nim na wodzie.

Dziś, kiedy myślę o tej drodze, widzę, że ona nie zaczęła się w Szwecji. Ona zaczęła się dużo wcześniej – w dziecięcym zachwycie kadrą, która żeglowała, i w tym moim małym strachu. Potem w rozpadzie drużyny, który mógł wszystko przeciąć. W granatowym mundurze wśród szaro-zielonych. W dwutygodniowym kursie na patent, który dał odwagę. W pierwszym roku drużynowego, który dał pokorę.

Woda nauczyła nas też pokory: czasem największą odwagą było powiedzieć ‘stop, jest zła pogoda’ – pomimo wielkich chęci niebezpieczne jest dziś żeglowanie z harcerzami. Zamiast iść na skróty, budowaliśmy kompetencje kadry i zasady bezpieczeństwa – bo metoda harcerska działa tylko wtedy, gdy przygoda jest mądra.

A Szwecja? 

Szwecja była momentem, w którym ktoś z zewnątrz zobaczył w nas coś, czego my sami nie byliśmy pewni: że harcerskie środowisko może być inspirujące dla innych. 

I chyba właśnie o to chodzi w specjalnościach w drużynach, które nie są „z definicji” specjalnościowe: aby otworzyć się na nowe możliwości. Szybko zrozumiałem, że nie chodzi o to, żeby mieć metkę wodniaków, tylko żeby wykorzystać wodę jako narzędzie wychowawcze – do odpowiedzialności, współpracy i samodzielności.

Dziś wiem, że specjalność nie zaczyna się od sprzętu, tylko od decyzji drużynowego: czy chce wychowywać przez konkretną przygodę. A wodę da się wpleść w drużynę nie specjalnościową tak, żeby wzmacniała metodę, a nie ją zastępowała.

Jeśli masz w drużynie choć kilka osób, którym świecą oczy na myśl o wodzie – to już wystarczy, żeby zacząć. Nie od razu regaty. Najpierw małe kroki, dobra historia, sensowne zadania.

A potem… może się okazać, że Twoja drużyna ma całkiem spore żagle. Tylko do tej pory nie łapała wiatru.

Przeczytaj też:

Dawid Zdrojewski - podharcmistrz, przez 10 lat drużynowy i komendant szczepu Reaktywacja. Zaangażowany w działania organizacyjne i promocyjne: 6 lat członek komendy hufca ZHP Rumia ds. organizacyjnych. Przygotowywał reportaże wideo z największych wydarzeń ZHP. Zawodowo przedsiębiorca prowadzący produkcję meblowego wyposażenia sklepów w rodzinnej firmie, student MBA na Akademii Leona Koźmińskiego. Z wykształcenia ekonomista.