Czego nie zrobimy? O zjazdach chorągwi

Jestem w Związku / Łukasz Czarnecki / 15.09.2026

Na zjeździe chorągwi niezwykle łatwo jest coś dodać – nowy kierunek działania, kolejne zadanie dla komendy, jeszcze jeden obszar, który trzeba wzmocnić czy zespół, który warto powołać; wydarzenie, które dobrze byłoby zorganizować albo uchwałę zobowiązującą kogoś do zajęcia się problemem, o którym właśnie przypomnieliśmy sobie podczas dyskusji.

Znacznie trudniej powiedzieć, że czegoś przez najbliższe cztery lata robić nie będziemy. Jeszcze trudniej jest to powiedzieć na zjeździe, bo zjazd ma swoją specyficzną dynamikę – każdy przyjeżdża z trochę innym doświadczeniem i innym problemem, który z jego perspektywy jest ważny. Dla jednego będzie nim kształcenie, dla innego wsparcie programowe, dla kolejnego – stan finansów hufców, nieruchomości, komunikacja, liczebność, promocja, praca z komendantami, specjalności, seniorzy, wędrownictwo czy jeszcze coś zupełnie innego. I, właściwie, każdemu trudno odmówić racji.

Problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy z tej sumy słusznych racji próbujemy zbudować sensowne kierunki. Bo suma wszystkich priorytetów nie zawsze jest dobrą strategią.

Wszystko jest ważne

Przez osiem lat pełnienia funkcji komendanta chorągwi miałem wiele okazji przekonać się, że w ZHP mamy dość szczególną zdolność do dokładania sobie pracy. Robimy coś, bo robiliśmy to zawsze, coś innego dlatego, że ktoś kiedyś uznał, iż byłoby to potrzebne, a jeszcze coś, bo pojawiła się możliwość pozyskania pieniędzy. Do tego dochodzą pomysły kolejnych zespołów, uchwały kolejnych władz, oczekiwania hufców, propozycje z poziomu centralnego i rzeczy, które po prostu dobrze byłoby zrobić.

Każda z nich osobno może mieć sens. Kłopot pojawia się wtedy, gdy ze zdziwieniem odkrywamy, że ludzie są zmęczeni, zespoły nie mają czasu, plany pracy puchną, a kolejna inicjatywa, która miała być naprawdę ważna, została zrealizowana tak samo jak kilkanaście innych – poprawnie, czasem nawet bardzo dobrze, ale bez większego wpływu na cokolwiek.

Nie dlatego, że ktoś źle pracował, ale dlatego, że nie da się mieć piętnastu priorytetów.

W tegorocznych zjazdach jest pod tym względem coś interesującego. Przyjęta przez Zjazd ZHP Strategia 2026–2034 określa wspólne kierunki dla całej organizacji, natomiast chorągwie i hufce mają określać własną ścieżkę rozwoju, uwzględniając lokalne potrzeby. Nie musimy więc po raz kolejny w kilkunastu chorągwiach i kilkuset hufcach udowadniać sobie, że ważna jest dobra kadra, dobre drużyny i sprawnie działająca organizacja.

I dobrze, bo być może dzięki temu zostanie trochę więcej czasu na znacznie trudniejszą rozmowę, mianowicie na ten temat: co spośród tych wszystkich ważnych rzeczy jest najważniejsze właśnie u nas?

Nie każda chorągiew potrzebuje tego samego. I to nie burzy jedności ZHP.

Przez lata trochę przyzwyczailiśmy się do myślenia o rozwoju organizacji w sposób, który prowadził do powstawania dość podobnych dokumentów. Chcemy rozwijać kadrę, wspierać drużynowych, wzmacniać hufce, działać sprawniej, lepiej się komunikować, skuteczniej pozyskiwać środki i budować wspólnotę instruktorską. Trudno się z którymkolwiek z tych stwierdzeń nie zgodzić, ale po przeczytaniu dokumentu dotyczącego tego typu kwestii nadal często nie wiadomo, co właściwie ma się wydarzyć, albo coś, co ma on realizować, wcale nie zmieni rzeczywistości w oczekiwany sposób.

Jedna chorągiew może mieć bardzo dobre, stabilne hufce, ale od lat tracić drużyny. Inna może rosnąć liczebnie, a jednocześnie mieć ogromny problem z przygotowaniem nowych komendantów hufców. Jeszcze inna może mieć silne środowiska, lecz słabą sytuację finansową albo majątek, który zamiast pomagać w działalności, zaczyna ją obciążać. W każdej z nich „wspieranie drużynowego”, „rozwój kadry” czy „wzmacnianie hufców” będą więc musiały znaczyć coś zupełnie innego. To oczywistość, ale w niektórzy wzbudza obawę o jedność ZHP, skoro tych kierunków jest tak wiele – do tego często różniących się mocno od siebie.

Na tym, oczywiście, powinna polegać samodzielność chorągwi – nie na napisaniu własnej wersji wszystkich priorytetów, tylko na umiejętności powiedzenia, że spośród wielu rzeczy ważnych, właśnie ta, albo te dwie czy trzy, są dziś dla nas najistotniejsze, ponieważ to one najsilniej wpływają na jakość działania naszej chorągwi. To nie sprawia, że nagle w ZHP następuje rozłam, tylko wpisuje się to w naturalną kolej rzeczy – każdy region jest inny, ma inne potrzeby i własne tempo.

To wszystko, oczywiście, oznacza również zgodę na coś znacznie mniej komfortowego. Jeżeli coś wskazujemy jako priorytet, to inne rzeczy priorytetami być nie mogą.

Kandydat, który chce zrobić wszystko

Dlatego podczas tegorocznych zjazdów z pewną ostrożnością podchodziłbym do programów, w których znalazło się miejsce dla każdego. To bardzo kuszące, bo kandydat na komendanta chce przecież pokazać, że dostrzega potrzeby wszystkich środowisk. Nikt nie chce powiedzieć namiestnictwom, że przez najbliższe cztery lata nie będą najważniejsze, zespołom instruktorskim, że ich obszar nie znalazł się w pierwszej trójce, a któremuś z hufców, że problem, z którym przyjeżdża na zjazd, jest rzeczywisty i ważny, ale chorągiew nie powinna dziś koncentrować na nim swoich ograniczonych zasobów.

Więc dokładamy.

W efekcie powstaje program, w którym rozwiniemy kształcenie, wesprzemy program, poprawimy komunikację, zwiększymy liczebność, uporządkujemy finanse, zadbamy o majątek, będziemy pozyskiwać środki, rozwijać współpracę zewnętrzną, wzmacniać wspólnotę instruktorską i, oczywiście, pozostawać blisko hufców. Wszystko brzmi dobrze, tyle że właściwie nadal nie wiadomo, po co ta konkretna komenda chce zostać wybrana.

Program, w którym wszystko jest ważne, bardzo łatwo pomylić z wizją, podczas gdy często jest on po prostu spisem treści działalności chorągwi. Znacznie bardziej interesowałby mnie kandydat, który potrafi powiedzieć: widzę trzy rzeczy, które musimy przez cztery lata zmienić, na nich skoncentrujemy ludzi, pieniądze i uwagę, a pozostałe zadania będziemy wykonywać dobrze, ale bez udawania, że wszystko jednocześnie przebudowujemy.

A jeszcze interesowałby mnie kandydat taki, który potrafi odpowiedzieć na pytanie: z czego w związku z tym zrezygnujemy?

Każde „tak” kosztuje

To jest chyba jedna z rzeczy, których najtrudniej nauczyć się w organizacji opartej w dużej części na społecznej pracy ludzi. Pieniądze umiemy policzyć, natomiast znacznie gorzej liczymy czas. Jeżeli dokładamy komendzie, zespołowi albo pojedynczemu instruktorowi kolejne zadanie, bardzo rzadko pytamy, którego dotychczasowego zadania ma w zamian nie wykonać; zazwyczaj przyjmujemy milczące założenie, że zmieści się jeszcze jedno.

Potem jeszcze jedno. I jeszcze jedno.

W końcu człowiek, który miał zmieniać jakiś obszar działania chorągwi, przede wszystkim odpowiada na wiadomości, przygotowuje dokumenty, uczestniczy w spotkaniach i pilnuje bieżących terminów, a po czterech latach piszemy w sprawozdaniu, że „podejmowano działania”. Nie jest to zresztą problem wyłącznie komend chorągwi, ale raczej jeden z naszych dość utrwalonych sposobów funkcjonowania.

Ciekawiłoby mnie więc to, gdyby tegoroczne zjazdy, zamiast pytać kandydatów wyłącznie o to, co jeszcze zamierzają zrobić, zaczęły pytać również o to, czego robić nie zamierzają. Które działania chorągwi uważają za niepotrzebne? Które powinny zostać przekazane gdzie indziej? Które projekty istnieją przede wszystkim dlatego, że istnieją od dawna? Które wydarzenia rzeczywiście zmieniają coś w pracy hufców i drużyn, a które są po prostu dobrze zorganizowanymi wydarzeniami? I wreszcie: jeśli pojawi się nowy, świetny pomysł, to z czego zrezygnujemy, żeby znaleźć dla niego miejsce?

To byłyby dla mnie odpowiedzi mówiące o kandydacie znacznie więcej niż kolejna deklaracja, że chce „wzmacniać, rozwijać i wspierać”.

Cztery lata później

Jest jeszcze jedno pytanie, które chętnie zadawałbym podczas zjazdów: nie tylko co zrobicie, ale przede wszystkim co za cztery lata będzie wyglądało inaczej.

Bo to nie jest to samo.

Można przeprowadzić dwadzieścia szkoleń i nie zmienić jakości kadry, zorganizować cztery wielkie zloty i nie zbudować wspólnoty chorągwi, odbyć kilkadziesiąt spotkań z komendantami hufców i nadal nie rozwiązać żadnego z ich najważniejszych problemów. Aktywność jest stosunkowo łatwa do pokazania w sprawozdaniu; zmiana jest trudniejsza, bo wymaga odpowiedzi nie tylko na pytanie, co zrobiliśmy, ale również po co to zrobiliśmy i jaki rzeczywisty efekt przyniosło to tam, gdzie ZHP naprawdę realizuje swoją misję.

Być może dobry program na kadencję powinien więc dać się opowiedzieć w kilku zdaniach nie dlatego, że chorągiew ma robić mało, ale dlatego, że powinna wiedzieć, po co robi to, co robi. A dobry zjazd nie powinien pozostawić po sobie przede wszystkim kilkunastu nowych zobowiązań, lecz kilka rzeczywiście dokonanych wyborów, w tym również takich, które komuś się nie spodobają.

Bo zarządzanie organizacją nie polega na znajdowaniu miejsca dla wszystkich pomysłów, a odpowiedzialność nie polega na tym, żeby każdemu powiedzieć „tak”, a potem przez cztery lata próbować jakoś to wszystko pomieścić. Czasem polega właśnie na powiedzeniu „nie”.

To co robić?

Skoro więc nie chodzi o to, żeby na kolejną kadencję wpisać po trochu wszystkiego, pozostaje pytanie, od czego właściwie zacząć. Moim zdaniem odpowiedź jest prostsza, niż mogłoby się wydawać: od określenia, jak za cztery lata mają działać drużyny i gromady na terenie naszej chorągwi.

Nie oznacza to oczywiście, że komenda chorągwi ma nagle rozpocząć bezpośrednią pracę z drużynami, zastępując hufce, namiestnictwa czy szczepy. Wręcz przeciwnie. Chodzi o to, żeby jako ostateczny punkt odniesienia przyjąć właśnie jakość działania podstawowych jednostek, bo dopiero wtedy wszystkie pozostałe elementy zaczynają układać się w logiczną całość.

Jeżeli wiemy, jakich drużyn i gromad chcemy za cztery lata – czy mają być liczniejsze, stabilniejsze, lepiej pracować metodą, mieć przygotowanych drużynowych i następców, działać regularniej, tworzyć lepszy program, skuteczniej utrzymywać członków czy powstawać również tam, gdzie dziś ZHP jest nieobecne – dopiero wtedy możemy sensownie odpowiedzieć na pytanie, jakich hufców potrzebują te drużyny i czego komenda chorągwi powinna od hufców oczekiwać oraz w czym rzeczywiście je wspierać.

Z tego samego punktu można wyprowadzić znacznie więcej wniosków. Jeżeli chcemy, żeby drużyny działały stabilnie i miały dobre warunki do prowadzenia programu, łatwiej określić, czym powinien zajmować się zespół kwatermistrzowski chorągwi: nie „majątkiem” jako takim, lecz tworzeniem takich rozwiązań, które pomagają środowiskom prowadzić działalność, organizować biwaki i obozy oraz nie zużywać energii na problemy, które mogą zostać rozwiązane systemowo. Jeżeli chcemy lepszych drużynowych, możemy określić kierunki kształcenia nie poprzez pytanie, ile kursów zorganizujemy i jakie formy znajdą się w kalendarzu, lecz poprzez odpowiedź na pytanie, jakich kompetencji brakuje dziś drużynowym i kadrze hufców, żeby te drużyny rzeczywiście działały lepiej.

Z takim założeniem zaczynałem osiem lat temu. Ale wiem w tym wszystkim, po tych kilku latach, że założenia bardzo ładnie wyglądają, a wdrożenie ich w życie jest bardzo kosztowne (i nie mam na myśli oczywiście tylko pieniędzy).

Przeczytaj też:

Łukasz Czarnecki - kończący drugą kadencję komendant Chorągwi Opolskiej, prawnik i kształceniowiec. Były drużynowy harcerski i wędrowniczy. Lubi zagraniczne podróże, astronomię i ma uroczego goldena retrievera.