OBÓZ WOW

Wyjdź w Świat / Rafał Kowalik / 27.08.2026

Zakładając drużynę wędrowniczą, nigdy nie pomyślałbym, że dwa lata później na obóz pojedziemy na drugą stronę Bałtyku.

W tym roku nasz WOW, czyli Wędrowniczy Obóz Wakacyjny, miał swoją trzecią edycję. Za każdym razem staramy się zorganizować obóz w innej formule. Na początku obóz stacjonarny w Wetlinie w Bieszczadach, potem – spływ kajakowy po Czarnej Hańczy na Suwalszczyźnie. Teraz padło na wędrowny obóz zagraniczny w Norwegii.

Jak to się zaczęło

Myślę, że pierwsza myśl o organizacji obozu zagranicznego wpadła mi do głowy podczas Kursu Drużynowych Wędrowniczych organizowanego w Chorągwi Gdańskiej w 2025 roku. To właśnie wtedy dowiedziałem się, że takie wydarzenie da się zorganizować i podobno nie jest takie trudne. Prowadzący kurs bardzo często podkreślali zalety takiego obozu. Od tego czasu myśl o wędrownej formie WOW kiełkowała w głowie. Ostatecznie wspólnie stwierdziliśmy, że chcemy przeżyć taką przygodę. W marcu odbyło się pierwsze spotkanie online dotyczące obozu. Wtedy przedstawiłem prezentację organizującą nasz plan przygotowań, aby rozwiać wątpliwości dotyczące kosztów, bezpieczeństwa, pogody i zapewnić jak najlepszą przygodę. Trzeba było sprzedać ten pomysł. Po spotkaniu wyłoniło się 10 chętnych osób. Jak na naszą drużynę to naprawdę w porządku – więc rozpoczęliśmy przygotowania. Korzystając z nabytej na KDW wiedzy podzieliliśmy się na 4 różne patrole zadaniowe. Każda grupa miała określone zadania do wykonania w danym czasie. Rozpoczynając od wymyślenia programu, przez zorientowanie się w temacie lokalnych tradycji i kultury, a na kupnie biletów samolotowych kończąc. Muszę przyznać, że nie udało nam się dotrzymywać deadline’ów, które sami sobie ustalaliśmy i wykonywać wszystkich zadań. Ale czas mijał i – lepiej czy gorzej przygotowani –wyruszyliśmy na obóz.

Na samym obozie…

Zaczęliśmy nietypowo. By zaoszczędzić na biletach, na 9 osób kupiliśmy tylko 3 bagaże rejestrowane po 26 kg. Na lotnisku spakowaliśmy plecaki w worki na śmieci i zabezpieczyliśmy taśmą. Miny pasażerów i obsługi były bezcenne, ale wszystko poszło bezproblemowo. Pierwszy dzień w Oslo upłynął leniwie, bo po locie o 6:00 rano nikt z nas nie spał. Zrobiliśmy zakupy, powoli oswajając się z wysokimi cenami, zwiedziliśmy miasto i Muzeum Narodowe. Wieczorem popłynęliśmy promem na oddaloną o 6 km wyspę, gdzie rozbiliśmy obóz i podsumowaliśmy dzień.

Drugi dzień rozpoczęliśmy od zwinięcia naszego obozu i przygotowania śniadania. Śniadanie z widokiem na Oslofjord to naprawdę udany poranek. Następnie odwiedziliśmy Park Vigelanda pełen osobliwych rzeźb i pojechaliśmy pociągiem do Drammen. Stamtąd ruszyliśmy na niespodziewanie wymagającą wędrówkę wzdłuż

głębokiego kanionu. Nagrodą był widok pięknego jeziora w otoczeniu lasu, nad którym spędziliśmy noc. Trzeciego dnia dotarliśmy pociągiem do Tønsberg, a stamtąd wybraliśmy się na wędrówkę do muzeum wikingów. Muzeum przereklamowane (oceniamy jako 6 na 7), jednak personel okazał się świetny – zatańczyliśmy nawet z jednym z pracowników. Po muzeum plażowanie i nocleg. Rozbiliśmy hamaki i tarpy, jednak zbyt blisko zabudowań (mniej niż przepisowe 150 m). Właściciel posesji na szczęście pozwolił nam zostać. Czwarty dzień minął najspokojniej, na odpoczynku bez pośpiechu i na lokalnych wędrówkach. Noc spędziliśmy w urokliwym lesie na obrzeżach małego miasta. Piątego, ostatniego dnia obozu, udaliśmy się na południe na Verdens Ende, czyli norweski „Koniec Świata. Bardzo ciekawe miejsce, które chyba najbardziej ze wszystkich oddaje surowy klimat tego kraju i które wyobrażamy sobie, myśląc o Norwegii. W drodze powrotnej złapał nas pierwszy deszcz. Zamiast rano składać mokre obozowisko, postanowiliśmy pojechać prosto na lotnisko. Około 1:00 w nocy spaliśmy już w śpiworach na hali lotniskowej i to właśnie tam wyspaliśmy się najlepiej.

Kilka przemyśleń

Myślę, że taka forma obozu dla wędrowników to niesamowite narzędzie wychowawcze do dyspozycji drużynowego. Te kilka dni pozwoliło moim wędrownikom przesunąć swoje granice, poprawić kondycję, przełamać bariery językowe i zwyciężyć lęk przed dyskomfortem. Dla każdego z uczestników obozu był to bardzo wymagający czas, który mimo dużej satysfakcji przynosi wiele trudu. Natomiast kiedy ten trud możesz dzielić z rówieśnikami, tworzysz relacje i wspomnienia zostające na długo. Obóz zagraniczny to wciąż niedoceniana forma, a cenna ze względu na poziom wyzwania, jaki ze sobą niesie. W naszych głowach jest już sporo myśli dokąd wyruszymy za rok. Na pewno nie będzie to Polska.

Przeczytaj też:

Rafał Kowalik - drużynowy 14 DW „Ifar” z Węgorzewa, Hufiec ZHP Giżycko. Patrolowy podczas Wędrowniczej Watry 2026 „Razem z korzeniami”.