Po co nam hufce?
To proste pytanie wraca jak bumerang. Po co mnożyć strukturę? Po co dawać sznury „sztabowcom”?
Początki
Wyobraź sobie idylliczne początki skautingu. Obóz na Brownsea, doświadczenia drużyny chłopców. Bi-Pi zadowolony z wyników pracy z dziećmi, chce podzielić się wynikami – organizuje kurs wychowawców, opowiada o swoich doświadczeniach. Drużyny pączkują już nie tylko dzięki absolwentom „kursu drużynowych”, ale też spontanicznie, rękami czytelników „Skautingu dla chłopców”.
Tutaj zróbmy pauzę. Najpierw wyobraźmy sobie hipotetyczny scenariusz, w którym nie rośnie żadna struktura będąca „czapką” nad drużynami.
Czarny scenariusz
Liczba drużyn w Wielkiej Brytanii rośnie w galopującym tempie. Młodzież garnie się do skautingu, jednak z czasem drużyny stają się coraz różniejsze. W jednych obowiązuje luźniejsza atmosfera, koedukacja, inne są karne – możliwe, że dzięki korzystaniu przez drużynowych z kar cielesnych. Drużynowi walczą o terytorium – podstępami i fortelami starają się zająć coraz to lepsze lokalizacje dla swoich harcówek, kosztem innych jednostek. Normalną praktyką jest podkradanie sobie członków drużyn – w końcu jak w kapitalizmie, klient idzie za atrakcyjniejszą ofertą. Drużyna się rozwiąże z długami za zakupiony wspólną pracą sprzęt obozowy, a drużynowy zniknie? Pech, ryzyko działania w drużynie.
No dobrze, bardzo pesymistycznie, niemniej znając doświadczenia początków drugiej rewolucji przemysłowej w ogóle nie czułbym zdziwienia obserwując takie praktyki. Jak się zadziało w rzeczywistości? Baden-Powell szybko zorientował się, że pojęcie skautingu może się rozwodnić. Innym problemem był wpływ magnata prasowego-wydawcy „Skauting dla chłopców”, który trzymał nad nowym ruchem pieczę w początkowym okresie formowania się drużyn skautowych wszak Bi-Pi był w tamtym czasie wciąż aktywnym oficerem brytyjskiego odpowiednika WOT.
Dopasowanie do rzeczywistości
Zarówno na początku XX wieku w Wielkiej Brytanii, jak jego początku i końcu w Polsce, formowanie się struktur organizacji harcerskich następowało naturalnie i w odniesieniu do kontekstu administracyjno-politycznego. Poszukiwanie odpowiedników na różnych szczeblach podziału administracyjnego kraju jest zwykłą reakcją na zastaną rzeczywistość, chociaż bywały wyjątki. Choćby reforma chorągwi ZHP z 1989 roku, wbrew wciąż funkcjonującym 49 województwom (i opory np. wojewody toruńskiego, czy ma wesprzeć wypoczynek chorągwi bydgoskiej…). Jakie jednak płyną korzyści z grupowania drużyn w hufce?
Przede wszystkim taka sama, jaka przyświecała zjednoczeniu się organizacji harcerskich w jeden Związek Harcerstwa Polskiego w 1918 roku – umocnienie pozycji harcerstwa względem partnerów publicznych. Na wyobraźnię lepiej działa jedna organizacja na 100 000 osób niż 10 000 organizacji po 10 osób – w końcu ma się tylko jednego partnera, który mówi jednym głosem za całość.
Obecne dopasowanie chorągwi do podziału administracyjnego w Polsce (z drobnymi wyjątkami), w połączeniu z odrębnością organizacyjną (osobny numer KRS, odrębna osobowość prawna) ma jedną, nieocenioną korzyść – możemy startować w konkursach na projekty finansowane z Funduszy Europejskich w każdym województwie. To korzyć uboczna i nikt o tym wtedy nie myślał, niemniej okazało się przydatne.
Inna zaleta pokrywa się z funkcjonowaniem drużyn w szczepie. Otóż wytycza się linia pomiędzy instruktorami-wychowawcami a instruktorami organizacyjnymi. Oczywiście podział z natury jest sztuczny, bo od 2016 roku System Stopni Instruktorskich (stary i obecny) wymusza niejako bycie wychowawcą, aby móc zostać instruktorem ZHP. Więc kogokolwiek ze stopniem instruktorskim nie spotkacie, to możecie mieć niemal całkowitą pewność, że poradzi sobie z poprowadzeniem zbiórki czy popilnowaniem dzieci. Czemu jednak taki podział się pojawia?
Bo naraz zderzają się chęć robienia więcej i optymalizacja. Drużyna chciałaby mieć swój sprzęt biwakowy, ale jej nie stać, a i tak używałaby go na 3 biwakach w roku? W szczepie jest łatwiej – większy budżet, rotacja sprzętu między drużynami. W hufcach to rozwiązanie dotyczy na przykład sprzętu obozowego czy całych baz (stanic) obozowych. Obniżanie kosztów może dotyczyć księgowości – nikt mi nie wmówi, że lepszym rozwiązaniem w 2026 roku byłoby zbieranie składek ręcznie, po prostu zmieniły się oczekiwania rodziców, m.in. co do transparentności. Promocję drużyny w social mediach mógłby robić drużynowy, gdyby akurat nie był zajęty prowadzeniem zbiórki czy planowaniem biwaku. W ten sposób zabieramy obowiązki, którymi drużynowi nie muszą się przejmować, do komend szczepów i hufców, które się tym zajmą (a przy okazji doradzą i pomogą, bo wszyscy mają za sobą praktykę jako co najmniej przyboczny). Niby harcerstwo uczy samodzielności – ale gdy zadania wspierające sprawiają, że drużynowy nie ma czasu na zadania wychowawcze, to chyba jest coś nie halo.
Korzyści abstrakcyjne
Z mniej oczywistych zalet funkcjonowania hufców mógłbym wskazać na… zapewnianie jakości. Brzmi jak korpomowa? No jasne, ale myśląc o stutysięcznej organizacji nie da się myśleć tak samo jak o drużynie. Skala nas zje. O co chodzi więc z tą jakością? Bi-Pi w swojej książce opisał, jakie aktywności można oferować młodzieży. Staramy się powielać ten schemat od ponad stu lat. Od stu lat staramy się dostarczać: powtarzalne – niepowtarzalne – doświadczenie – harcerskie
Oczywiście każda przygoda harcerska będzie inna. Ale mamy stałe fragmenty gry – zbiórki, biwaki, obozy, warta, ognisko, gra terenowa, obrzędy. Dzięki działalności we w miarę zbliżonym terytorialnie hufcu (zwykle pokrywającym się z powiatem), możemy wymieniać się doświadczeniami, a komenda może sprawować nadzór nad jakością dostarczanego przez drużynowych produktu (programu wychowawczego).
Inną przewagą hufca nad zatomizowanymi drużynami jest zdolność do odtwarzania potencjału kadrowego. W odosobnionej drużynie to drużynowy szkoli kadrę, zwykle przybocznego lub dwoje. Gdy drużynowego zabraknie, to jedno z nich przejmuje sznur. A co, jeśli nie przejmie? A co, jeśli drużynowy nie odda, nawet przez kilka dekad? W hufcach mamy to ogarnięte – wedle zapotrzebowania organizuje się kursy przewodnikowskie i metodyczne, uczestnicy są zwykle w podobnym wieku, jakość szkolenia jest zapewniona przez posiadanie odpowiednich odznak kadry kształcącej, ktoś bardziej doświadczony zatwierdza program kursu.
Kadra w hufcu jest zastępowalna – łatwiej jest uchronić drużynę przed rozpadem, gdy ma się kim zastąpić wypalonego drużynowego. Sam pochodzę z hufca, gdzie obecny komendant założył osobiście nową drużynę, bo wola u dzieci była, a kadry w tamtej dzielnicy brak. W ogóle komendant hufca jest bardzo istotnym czynnikiem kadrotwórczym, w różnych postaciach: czy to jako domyślny opiekun prób instruktorskich, jako reprezentant powiatowej społeczności harcerskiej, jako 4-letni wybraniec, który prowadzi tą społeczność według swojej wizji. Bo nawet kiedy jesteś drużynowym, dobrze jest mieć mentora.
Ostatnią z abstrakcyjnych zalet jest retencja kadry – tak, pomimo że na funkcji drużynowego nastąpiła rotacja, to mamy miejsce dla doświadczonych drużynowych. W funkcjach wspierających, gdzie mogą wykorzystywać swoje osobiste lub zawodowe talenty (promocja, gospodarka finansowa, gospodarka majątkowa, IT), na których młody drużynowy zupełnie nie ma obowiązku się znać. A możliwość posiadania „swojego miejsca” w ZHP to najlepszy konserwant dla dorosłych wolontariuszy.
To warto czy nie warto?
W świetle powyżej wskazanych argumentów trudno mi znaleźć rozsądne argumenty „przeciw”. Oczywiście byłaby to samodzielność i swoboda podejmowania decyzji przez drużynowego, niemniej obserwując losy naszych „braci mniejszych”, czyli każdej organizacji harcerskiej spoza listy ROHIS (czyli 5 organizacji, które kwalifikują się do dofinansowania z Narodowego Instytutu Wolności), mogę śmiało powiedzieć, że brak hufca to jak jazda autostradą na drugim biegu.
Przeczytaj też:
Jacek Grzebielucha - były drużynowy 7 GIDH "Keja" i były komendant Szczepu Szturwał, sercem w Chorągwi Gdańskiej - ciałem we Wrocławiu. Prawnik-urzędnik, pasjonat za dużej liczby rzeczy. Znawca memów.
