Służba jako potrzeba wędrownika?
Dużo się mówi o tym, że wędrownicy powinni pełnić służbę. Czy wędrownicy naprawdę chcą to robić? Czy ona jest nam w ogóle potrzebna? Przykład 64. Radomskiej Drużyny Wędrowniczej „Horyzont” pokazuje to z zupełnie nowej perspektywy.
Zapał to za mało
Służba jest jednym z sześciu elementów wpisujących się w symbolikę watry wędrowniczej. Jest tak ważna dla naszej tożsamości, że stanowi osobny symbol ujęty w dewizie: „Wyjdź w świat, zobacz, pomyśl – pomóż, czyli działaj”.
Mogłoby się wydawać, że jest to wymierający element pracy wędrowniczej, wiele drużyn ma dziś problem ze znalezieniem stałego pola służby. A nawet jeśli je znajdą, często pojawiają się trudności z utrzymaniem zapału przez pięciomiesięczny okres jej trwania (czyli minimalny czas, jaki sugeruje nam realizacja tropu).
Czy możemy więc odtrąbić porażkę i uznać, że dzisiejsza młodzież nie chce pomagać? Nic bardziej mylnego! Na podstawie doświadczeń mojej drużyny chciałbym postawić alternatywną tezę: to nie wędrownicy są winni, ale sam sposób działania.
Planując służbę, byłem uczony, że powinniśmy planować służbę zgodnie z dewizą: poszukać miejsca, w którym możemy być pożyteczni, pomyśleć, jak mądrze pomóc, i zacząć działać. To dobry sposób na zrobienie czegoś wartościowego, ale jednocześnie prosty przepis na wypalenie. Kiedy skupiamy się wyłącznie na mechanicznym gaszeniu pożarów u innych, łatwo zapomnieć o sobie. Służba, która polega tylko na dawaniu, po kilku tygodniach staje się przykrym ciężarem. Zapał gaśnie, bo nawet jeśli wędrownicy widzą głęboki cel w działaniu, to przy natłoku codziennych spraw, szkolnych, rodzinnych czy innych harcerskich, staje się ono po prostu kolejną pozycją na i tak już długiej liście zadań. W tym tradycyjnym schemacie brakuje bowiem kluczowego elementu: poczucia osobistego rozwoju, satysfakcji z pokonywania własnych barier i autentycznego spełnienia.
Wyzwanie, które nas połączyło
Przy planowaniu naszej służby wzięliśmy pod uwagę nie tylko potrzeby innych i nasze możliwości, ale też… własne wyzwania. Chcieliśmy wyjść ze strefy komfortu. Znaleźliśmy kierunek, który spełniał wszystkie te wymagania, a jednocześnie był dla nas realnym wyzwaniem: zdecydowaliśmy się na walkę z kryzysem bezdomności. Odezwaliśmy się do jednego z druhów z naszego hufca, który na co dzień pracuje jako streetworker w Caritas, czyli w terenie z osobami w kryzysie bezdomności. Zadaliśmy mu proste pytanie: „Jak możemy pomóc?”.
Okazało się, że są już ludzie pracujący nad rozwiązaniem tego problemu na co dzień. Są to organizację pozarządowe, które chętnie przyjmą nasze wsparcie. Kolejne miesiące angażowaliśmy się w cotygodniowe, weekendowe spotkania w lokalnym parku. Razem z organizacją „Przyjaciele Bezdomnych” wydawaliśmy posiłki, pomagaliśmy w przygotowaniu i rozstawianiu sprzętu, dbaliśmy o sprawny przebieg całego przedsięwzięcia oraz wspieraliśmy wolontariuszy w bieżących zadaniach organizacyjnych. Z czasem zaczęliśmy również lepiej poznawać osoby korzystające z pomocy. Osoby w kryzysie bezdomności przestały być dla nas abstrakcyjnym problemem społecznym, a stały się konkretnymi ludźmi z krwi i kości, którzy mieszkają w tym samym mieście co my. Rozmowy z nimi pozwoliły nam zrozumieć, że za słowem „bezdomność” kryją się bardzo różne historie, wiek, problemy i podejścia do życia. Przekonaliśmy się, że bez względu na trudną sytuację, w której się znaleźli, to wciąż osoby, z którymi można po prostu zwyczajnie pobyć, pośmiać się i porozmawiać jak równy z równym.
Co mnie zaskoczyło? W przeciwieństwie do naszych wcześniejszych prób realizacji tropów, tym razem nie mieliśmy żadnych trudności ze znalezieniem chętnych do obstawiania wart wędrowniczych. Ludzie czuli, że realnie pomagają i się rozwijają. Dzięki czemu, nasza stała obecność przełożyła się z kolei na wzrost liczby osób, które przychodziły do parku po ciepły posiłek i rozmowę.
Komentarz dh. Huberta Kaczmarczyka, streetworkera Caritas Diecezji Radomskiej
„Podjęcie współpracy było właściwie eksperymentem oraz próbą innego podejścia do wolontariatu w bezdomności. Do tej pory w organizacjach radomskich były zaangażowane te same osoby – aktywiści lub pracownicy. Próba skoordynowania Drużyny Wędrowniczej oraz inicjatywy społecznej „Przyjaciół Bezdomnych” otworzyło furtkę na dalsze zmiany i rozpoczęło rozwój. Działania wobec bezdomności jak i innych bardzo skomplikowanych ludzkich życiorysów zamyka nas – specjalistów w zamkniętym kręgu znajomości. Udział Harcerzy pokazał, że możemy rozwijać wolontariat i współdziałać. To kolejne światełko nadziei!”.
Plany na przyszłość
Dla wielu z nas największym wyzwaniem nie było samo poświęcenie czasu, ale przełamanie własnych stereotypów i obaw. Przed rozpoczęciem tropu część osób nigdy nie miała bezpośredniego kontaktu z osobami w kryzysie bezdomności. Regularne rozmowy pozwoliły nam spojrzeć na ten problem z zupełnie innej perspektywy. Nauczyliśmy się większej otwartości, empatii i uważności na potrzeby drugiego człowieka. Równocześnie rozwijaliśmy umiejętności organizacyjne i pracę zespołową, ponieważ regularna służba wymagała odpowiedzialności i wzajemnego wspierania się.
Choć nasz trop formalnie dobiega końca, nie traktujemy go jako zakończonego rozdziału. W trakcie służby zauważyliśmy, że oprócz bezpośredniej pomocy potrzebne są również działania edukacyjne i profilaktyczne. W przyszłości chcielibyśmy wykorzystać zdobyte doświadczenia do zwiększania świadomości na temat przyczyn i skutków kryzysu bezdomności, zarówno wśród harcerzy, jak i w lokalnej społeczności. Wierzymy, że skuteczna pomoc zaczyna się od zrozumienia problemu.
Wnioski na przyszłość
W momencie, gdy realizacja naszego tropu dobiega końca, mam jeden kluczowy wniosek, który warto głośno podkreślić: nie bójmy się prosić o pomoc. Nie jesteśmy ekspertami w każdej dziedzinie i w 99% przypadków ktoś inny robi pewne rzeczy lepiej od nas. Większość problemów społecznych ma już swoje organizacje, które działają w danym obszarze od lat. Zamiast wymyślać koło na nowo, warto do nich dołączyć. Służba wędrownicza staje się wtedy nie przykrym obowiązkiem, ale realnym i rozwijającym wyzwaniem, na które po prostu chce się przychodzić.
Dzisiaj jestem przekonany, że służba nie jest potrzebna tylko tym, którym pomagamy. Jest potrzebna również nam samym. To właśnie w służbie najpełniej realizuje się idea wędrownictwa, wychodzimy w świat, poznajemy ludzi i ich problemy, rozwijamy siebie, a przy okazji zostawiamy po sobie coś dobrego. Jeśli znajdziemy przestrzeń, która jednocześnie odpowiada na realną potrzebę społeczną i stanowi dla nas osobiste wyzwanie, motywacji nie trzeba będzie szukać. Ona pojawi się sama.
Czuwaj, nawet jak śpisz!
Przeczytaj też:
- Ikigai a Kodeks Wędrowniczy
- Obozy wędrowne – od pierwszego kroku do harcerskiej tradycji
- Na skandynawskiej fali, czyli o miniaturce obozu wędrownego za granicą
Jakub Grzegorzewski - instruktor Hufca ZHP Radom-Miasto, drużynowy 64. Radomskiej Drużyny Wędrowniczej "Horyzont" i Instruktor wspierający Namiestnictwa Zuchowego "Planeta Z610". Na co dzień student Polsko-Japońskiej Akademii Komputerowej na kierunku informatyka oraz twórca gier komputerowych jako programista. Pasjonat fotografii i starej architektury.
