Do hufca bez sprawy
Czy do hufca można przyjść, kiedy nie ma się nic do załatwienia? Bez dokumentów do podpisania, zebrania zespołu i sprzętu do odebrania? Po prostu posiedzieć, zrobić herbatę i spotkać ludzi. Od odpowiedzi na to pytanie może zależeć więcej, niż nam się wydaje.
Znajoma instruktorka – Hanka – zapytała ostatnio: „Co myślicie o koncepcie budynku hufca jako trzeciego miejsca dla młodej kadry?”. Zatrzymałem się na chwilę przy tym pytaniu. Znamy przecież siedziby hufców jako miejsca odpraw, spotkań komisji, dyżurów i przechowywania rzeczy, które kiedyś na pewno się przydadzą. Ale czy równie łatwo myślimy o nich jako o miejscach, do których przychodzi się dla samej przyjemności bycia z innymi?
Wyobraźmy sobie wtorkowy wieczór. Ktoś wraca ze szkoły lub uczelni, ktoś skończył pracę, ktoś musi poczekać godzinę na autobus. W hufcu świeci się światło. Można wejść, usiąść, opowiedzieć o trudnym dniu. Rozmowa zahacza o ostatni biwak, potem o studia, potem o coś zupełnie niezwiązanego z harcerstwem. Nikt nie przygotował konspektu tego spotkania. A jednak być może dzieje się podczas niego coś bardzo ważnego dla naszej wspólnoty.
Trzecie, czyli jakie?
Pojęcie trzeciego miejsca zostało spopularyzowane w 1989 r. przez amerykańskiego socjologa Raya Oldenburga, który pisał o nim w swojej książce „The Great Good Place”. Według jego koncepcji pierwszym miejscem jest dom, drugim – praca; w odniesieniu do młodych ludzi tę rolę można odnieść także do szkoły czy uczelni. Trzecie służy nieformalnym spotkaniom poza tymi środowiskami.
Takim miejscem może być kawiarnia, lokalna biblioteka czy inne miejsce, do którego wracamy, by spotkać ludzi i porozmawiać. Ważne, żeby można było swobodnie do niego wpaść, a przyjazna atmosfera sprawiała, że mile widziani poczują się zarówno stali bywalcy, jak i osoby zaglądające po raz pierwszy.
Dlatego harcówka czy siedziba hufca ma potencjał, by pełnić taką funkcję. Jeśli harcówkę otwieramy tylko na czas zbiórek, trudno znaleźć w niej przestrzeń na spontaniczne spotkania. Warto móc zajrzeć do niej także poza ustalonym harmonogramem po prostu po to, żeby pobyć razem, bez planu i konkretnego zadania do wykonania.
Mamy to w historii!
A co, gdybym powiedział Wam, że kilkadziesiąt lat przed Oldenburgiem podobny pomysł opisał sam Baden-Powell? W „Wędrówce do sukcesu” Naczelny Skaut Świata przedstawia koncept „rover dens” – pomieszczeń klubowych dla wędrowników, którymi mieli oni samodzielnie zarządzać. Powinny być otwarte każdego wieczoru i służyć zarówno pracy, jak i spotkaniom towarzyskim. Bi-Pi dopuszczał również wspólne prowadzenie takiego miejsca przez kilka drużyn.

Fragment z „Rovering to success” Roberta Baden-Powella 1930 (pierwsze wydanie 1922) (https://www.scribd.com/document/363241339/Rovering-to-Success-ENG-Baden-Powell-1930)
W tej propozycji odnajdujemy wiele z tego, co dziś kojarzymy z miejscami trzecimi: regularną dostępność, możliwość spotkania znajomych i swobodnego spędzania czasu razem. Wędrownicy mieli być gospodarzami tej przestrzeni, współdecydować o niej i korzystać z niej także dla przyjemności bycia w swoim gronie. Choć Baden-Powell nie posługiwał się pojęciem miejsca trzeciego, dostrzegał potrzebę, o której warto sobie przypomnieć, gdy zastanawiamy się nad rolą naszych harcówek. Twórca skautingu wręcz sugerował, że niemożliwe jest skuteczne prowadzenie wędrowników bez takiego miejsca.
Miejsce, w którym tkamy wspólnotę
Jak często spotykamy się w harcerskim gronie po prostu po to, żeby być razem? Zwykle mamy coś do omówienia, przygotowania albo zorganizowania. Tymczasem wspólnotę budujemy również przy herbacie, podczas planszówki czy rozmowy o tym, co nas ostatnio cieszy lub martwi. W takich chwilach poznajemy się bliżej i budujemy relacje wykraczające poza pełnione funkcje.
Z tych spotkań mogą też kiełkować nowe pomysły. Ktoś opowie o wymarzonej wędrówce, ktoś wspomni o sprawie, którą warto zająć się w okolicy, i pada: „a może zrobimy to razem?”. Dobrze, żeby było miejsce na obie możliwości: zwyczajne posiedzenie bez planu i spontaniczne wymyślanie wspólnych działań.
Warto przy tym zostawić przy stole miejsce dla znajomych spoza harcerstwa, dawnych członków drużyn czy sąsiadów. Można przecież przyjść na planszówki lub szukać towarzystwa bez zamiaru zakładania munduru. Dzięki takim spotkaniom harcówka czy hufiec mogą stać się miejscami ważnymi również dla lokalnej społeczności – przestrzenią, do której wraca się dla ludzi i w której rodzi się chęć zrobienia czegoś razem.
Kto naprawdę czuje się u siebie?
O otwartości miejsca świadczy sposób, w jaki przyjmujemy nowe osoby. Stali bywalcy mogą czuć się w harcówce jak w domu, ale komuś, kto przychodzi po raz pierwszy, nie zawsze łatwo odnaleźć się wśród wspólnych historii, żartów i zwyczajów. Czasem wystarczy zaprosić do stołu, przedstawić pozostałym albo wyjaśnić, co tak wszystkich rozbawiło. To właśnie takie drobne gesty sprawiają, że łatwiej dołączyć do rozmowy i poczuć się częścią grupy.
Warto zadbać, żeby każdy miał przestrzeń do zabrania głosu – niezależnie od stopnia, funkcji, stażu czy przynależności do harcerstwa. Otwartość oznacza też gotowość na to, że nowe osoby wniosą własne pomysły i zwyczaje. Jeśli mają poczuć się u siebie, powinny móc współtworzyć to miejsce. A o to, czy rzeczywiście jest przyjazne, dobrze zapytać również tych, którzy zaglądają rzadko albo po pierwszej wizycie nie wrócili.
Zacząć od klucza
Wszystko zaczyna się od klucza – warto zadbać, żeby jego zdobycie nie wymagało za każdym razem kilku telefonów. Kiedy już można wejść, przychodzi czas na wspólne tworzenie miejsca. Warto zapytać osoby, które będą z niego korzystać, kiedy chciałyby tu zaglądać, jak spędzać czas i czego potrzebują, żeby czuć się swobodnie. Ich odpowiedzi pomogą ustalić godziny otwarcia, urządzić przestrzeń i nadać jej charakter.
Na początek wystarczyłby jeden stały wieczór w tygodniu, zaproszenie do wspólnego spędzenia czasu i ktoś, kto otworzy drzwi oraz przywita przychodzących. Warto zostawić czas na swobodne rozmowy i zobaczyć, co ludzie sami zechcą robić. Wspólnie można ustalić zasady korzystania z lokalu, pomyśleć o wyposażeniu i podzielić się obowiązkami. W ten sposób poczucie, że to „nasze miejsce”, będzie szło w parze ze współodpowiedzialnością za nie.
Nie każdy hufiec dysponuje własnym budynkiem. Miejscem takich spotkań może być również harcówka szczepu, pokój udostępniony przez dom kultury czy lokal współdzielony z inną organizacją. Liczy się możliwość regularnego powrotu i stopniowego oswajania przestrzeni. Atmosferę sprzyjającą spotkaniom znamy przecież choćby z kawiarenek na różnych zlotach – co, gdyby podobne miejsce czekało na nas także na co dzień?
Wracam więc do pytania Hanki: budynek hufca jako miejsce trzecie dla młodej kadry? Chciałbym, żebyśmy dali temu pomysłowi szansę – a może gdzieś w Waszych środowiskach już się tak dzieje? Być może warto zacząć od rozejrzenia się po własnej harcówce i zastanowienia, co sprawiłoby, że ludzie chcieliby wpadać do niej także między zbiórkami czy odprawami. Posiedzieć, porozmawiać, pobyć razem. A czasem wymyślić coś, czego jeszcze wczoraj nikt nie planował.
Przeczytaj też:
Franciszek Linke - instruktor Hufca ZHP Poznań-Wilda, były drużynowy 222 Poznańskiej Drużyny Wędrowniczej, członek Zespołu Zagranicznego Chorągwi Wielkopolskiej i Rady Młodych ZHP. Ukończył gospodarkę przestrzenną na Politechnice Wrocławskiej. Zakochany w miastach, mapach i podróżach (najlepiej na harcerskie eventy międzynarodowe). Poszukuje przestrzeni (nie tylko miejskiej) do zmian.
